Rzeczywiście, drugi olbrzymi bałwan walił prosto na okręt. Nie zauważono jego zbliżenia się, jak gdyby ogromna fala tajemnie podkradła się i nagle podniosła z dna oceanu.
Z ochrypłym wyciem wznosił się ten zaokrąglony wodny grzbiet rycząc i wyładowując nagromadzoną w nim wściekłość.
I znów okręt zaczął się miotać kurczowo pod ciężarem potwornej fali, wa lcząc zawzięcie o swoje istnienie. Pala prześlizgnęła się za rufę, szereg towarzyszących jej mniejszych fal stanął przed „Witimem“. Dwie — trzy minuty odpoczynku — i trzecia olbrzymia fala podniosła się z morza. Tym razem maszyny, posłuszne nadanym przez telegraf rozkazom kapitana, w odpowiednim momencie poddały się w tył, uderzenie było już słabsze i okręt z większą łatwością podniósł się na grzbiet fali. Ta walka z tajemniczymi falami przy dziwnej nieobecności wiatru i w jasny słoneczny dzień trwała około godziny. „Witim“, czysto umyty, z nielicznymi tylko uszkodzeniami, długo jeszcze kołysał się na równej toni, póki kapitan nie przekonał się, że niebezpieczeństwo minęło, i zawrócił okręt do portu.
Dopiero przed dwiema godzinami Dawydow zachwycał się z pokładu „Witima” pięknym miasteczkiem. Teraz trudno było poznać ten brzeg. Zniknęły kolorowe kwietniki i równe aleje. Zamiast nich piętrzyły się stosy belek, części zniszczonych dachów: odłamki te zmieszane z gałęziami bez liści znaczyły miejsce, gdzie stały nadmorskie domy. Gęsty zagajnik, obok którego kąpała się rozbawiona młodzież, zmienił się w błoto, w którym tkwiło kilka rozszczepionych pni. Duże kamienne domy wzdłuż brzegu ponuro patrzyły czarnymi oczodołami wyrwanych okien. A u podnóża tych domów gromadziły się zwalone, rozbite przybrzeżne budki i sklepy. Na lewo, na asfalcie ulicy, rozrzucone były najróżniejsze sprzęty domowe.
Ogromny, wywrócony na bok rybacki kuter motorowy koronował cały ten stos rupieci, jak pomnik zwycięstwa groźnego morza.
Na warstwach świeżo naniesionego piasku wszędzie, we wszystkich kierunkach płynęły, połyskując w słońcu, kręte strumyki słonej wody. Wśród ruin kręciły się nędzne postaci ludzi, którzy szukali zaginionych lub ratowali resztki swego mienia.
Radzieccy marynarze stali wstrząśnięci. Milcząc skupili się na pokładzie i chmurnie patrzyli na brzeg, nie będąc w stanie cieszyć się z własnego ocalenia. Zaledwie „Witim” zakotwiczył się na ocalałej betonowej przystani, a już kapitan zwrócił się do załogi z apelem niesienia pomocy mieszkańcom; po chwili na okręcie nie pozostał ani jeden człowiek, prócz marynarzy odbywających wartę.
Dawydow razem z załogą wrócił na okręt późnym wieczorem, ponuro mył się, obandażował zranioną rękę i długo jeszcze chodził po pokładzie, ćmiąc papierosy.
* * *
O oznaczonej godzinie profesor udał się na przednią część okrętu, gdzie miał odbyć się jego wykład. Zaledwie zniknęła za horyzontem spustoszona wyspa, a już u Dawydowa zjawił się drugi mechanik, przewodniczący komitetu okręt owego, i prosił, aby profesor zechciał wyjaśnić załodze przyczyny tego, co zaszło. Profesor jeszcze nigdy nie wykładał w tak niezwykłym otoczeniu. Postanowiono, że pogadanka odbędzie się bezpośrednio na pokładzie. Słuchacze zebrali się tłumnie, siedząc, stojąc i leżąc obok pierwszej ładowni, Dawydow zaś opierał się o przykryty pokrowcem lewarek, który służył mu jako katedra. Ocean był beztrosko spokojny i nie powstrzymywał pędu, dążącego do ojczyzny, okrętu.