Dawydow zamyślił się, potem powoli powiedział:

— To jest bardzo ciekawe miejsce, ten Sikan. A dla nas paleontologów, diabli wiedzą, co to jest! Wiesz zapewne, Aleksy Pietrowiczu, że tam w końcu trzeciorzędowego okresu istniały starożytne i nowe formy wymarłych ssaków. Dziwaczna mieszanina tego, co w niektórych miejscach na Ziemi już wymarło dziesiątki milionów lat temu, z tym, co się niedawno zjawiło. A samo miejsce! — zapalił się Dawydow. — Wysokie, pokryte wiecznym śniegiem góry, zimne płaskowzgórza, suche i pustynne, a pomiędzy nimi — głębokie doliny z cudowną tropikalną roślinnością. Nieprzebyte przepaści, odległe osiedla. Od jednej wioski do drugiej odległość wynosi, powiedzmy, dwa kilometry, ale pomiędzy nimi leży przeraźliwie głęboka dolina, tak że mieszkańcy tych wiosek nigdy się nie spotykają, choć mogą się widzieć z daleka. Dziwne, nieznane jeszcze w nauce zwierzęta mieszkają w gęstych lasach, na dnie dolin, na górze zaś wyją zimne wichry. Tam biorą początek największe rzeki Indii, Chin, Syjamu — Bramaputra — Me-kong. Zadziwiające miejsce! Czy wyobrażacie sobie to miejsce, gdzie stykają się Tybet, Indie, Syjam, Birma, Chiny? Cha, Cha! Czy nasi „przyjaciele” puszczą tam bolszewickich uczonych? Czy nauka może przeniknąć tam, gdzie pan uje wroga dyplomacja, politykujący spryciarze! — Dawydow wyciągnął ogromny stary zegarek. — Nie ma jeszcze drugiej. Co to znaczy wielkie wzruszenie, zdawało się, że minął cały dzień! — Wstał i podał Szatrowowi kółeczko z kluczami.

— Pudełko schowaj do tej szafy z lewej strony… Cokolwiek by się stało, musimy uczynić wszystko, co tylko możliwe. Chodź, dowiemy się, może Tuszyłow nas przyjmie. Czy długo zostajesz w Moskwie, Aleksy Pietrowiczu? Aż do wyjaśnienia? No to znaczy, że zabawisz tu tydzień, gdyż wątpię, czy się wcześniej coś załatwi. Oczywiście, zamieszkasz u mnie. Zadzwonię zaraz do sekretarza, a potem do domu i powiem, że się jeszcze zatrzymamy.

* * *

W obszernym, skromnie umeblowanym pokoju Dawydowa było cicho. Poprzez ogromne okna przenikał błękitnawy półmrok letniego zmierzchu. Szatrow długo chodził z kąta w kąt, zgarbiony i milczący. Dawydow ponuro rozsiadł się w fotelu przy swoim dużym biurku.

Przyjaciele rozmyślali, każdy po swojemu. Nie chciało się zapalać światła, jak gdyby zapadający powoli zmrok zmniejszał ich zmartwienie.

— Jutro wyjadę — przemówił wreszcie Szatrow — dłużej nie mogę tu zostać, nie ma już po co. Odmowa bezapelacyjna. Zresztą wątpię, czy mogło się stać inaczej. Nasi potomkowie rozpatrzą tę sprawę kiedyś, gdy znikną te przeklęte granice i cała ta pokutująca jeszcze starzyzna!

Dawydow nie odpowiadając spoglądał w okno, gdzie ponad dachem sąsiedniego domu nieśmiało zapalały się drobne i blade gwiazdy miejskiego nieba.

— Gorzko jest stać jak żebrak na progu wielkiego odkrycia i nie mieć możliwości wejścia — znów przemówił Szatrow. — Już nie zaznam spokoju do końca moich dni i nie pocieszą mnie żadne osiągnięcia i sukcesy.

Dawydow nagle potrząsnął nad głową zaciśniętą pięścią: