Weźmy na przykład rośliny, które asymilują węgiel przy pomocy światła. Jest to energetyka niższego rzędu inna niż tlenowe spalanie substancji u zwierząt. Dlatego rośliny, choć osiągają kolosalne rozmiary, nie zmieniają swego miejsca. W świecie roślinnym nie istnieje szybki i potężny ruch, jak u zwierząt. Rośliny nie mogą się poruszać. Wyrażając się pospolicie — jest to inna maszyna!
A więc życie w tych warunkach i w tej formie, w jakiej istnieje na Ziemi, nie jest przypadkowe, lecz podlega ścisłym prawom. Tylko takie życie może przechodzić długą drogę historycznego doskonalenia się, drogę ewolucji. Dlatego też zagadnienie sprowadza się do zbadania wszelkiego rodzaju ewolucyjnych dróg, jakie prowadzą od najprostszych tworów do myślącego stworzenia. Wszelkie inne rozwiązania są urojeniem, pozbawionym podstaw majaczeniem nieuków!
— Surowo sądzisz, Ilja Andrejewiczu! Ja wcale się nie wyrzekam rozmyślań nad tym zagadnieniem. I wszystko, co mi przyjdzie do głowy — będę ci komunikował…
* * *
— Ilja Andrejewiczu, proszą was do telefonu. Już dzwoniono wiele razy, ale nie było was od wielu dni.
Dawydow, stęknął wściekle, odrywając się od korekty. Na stole leżał wielki stos odbitek, a do nich przypięty był arkusz: „Dla Prof. Dawydowa, pilne! Proszę nie zatrzymywać!” Pod odbitkami leżały dwa nadesłane artykuły recenzyjne już przetrzymane przez profesora. W ciągu kilku dni, jakie stracił usiłując uzyskać zezwolenie na prowadzenie prac na Kamie, zebrało się wiele terminowej pracy.
Pracy, która gromadzi się u każdego wybitnego uczonego, a nie dotyczy bezpośrednio jego poszukiwań. W mieszkaniu Dawydowa leżała gruba dysertacja, kandydat oczekiwał szybkiej oceny. Za trzy godziny miało się odbyć długie posiedzenie. Zjawił się preparator z prośbą o obejrzenie prac i wydanie dalszych wskazówek dotyczących dalszego ich prowadzenia. Jednocześnie należało koniecznie napisać kilka listów celem zrealizowania niezwykłej sprawy Szatrowa.
Po rozmowie telefonicznej profesor siadł przy stole i zabrał się do korekty. Pióro skrzypiało gniewnie po papierze, oderwane wyzwiska sypały się pod a dresem korektorów. Wreszcie w oczach Dawydowa wiersze zaczęły zlewać się, opuścił dwie poprawki i zrozumiał, że musi zrobić przerwę. Przetarł oczy, wyprostował się i nagle zaśpiewał głośno, nieprawdopodobnie fałszując, jakiś ponury i jednostajny motyw:
— Och, ty matko — Wołgo, rzeko rosyjska…
Ktoś zapukał do na wpół uchylonych drzwi. Wszedł profesor Kolcow, zastępca dyrektora instytutu, w którym pracował Dawydow. Na obramowanej krótką bródką twarzy Kolcowa błąkał się jadowity uśmieszek, a ciemne oczy patrzyły smętnie spod długich, zagiętych jak u kobiety rzęs.