— Niech już lepiej twoi wrogowie mówią za ciebie!

Hudl założyła ręce na biodra i stanąwszy pośrodku pokoju powiedziała:

— Od kiedy to stałaś się taką pobożną matroną?

Twarz matki wydała mi się w tej chwili dwukrotnie większa niż zwykle. Malowało się na niej zmieszanie i niepewność.

— Nie stałam się pobożną matroną — tłumaczyła się — ale w domu są mężczyźni...

— Przyzwoici mi mężczyźni! Ładni mi mężczyźni! Żebym tak zdrowa była, jak ci mężczyźni lubią to, czym inni nie gardzą...

Wypowiedziała to z triumfującym, tajemniczym uśmieszkiem na twarzy i z taką zuchwałością, że wargi matki w mig się zamknęły. Widać było, że z trudem łapie powietrze.

Dotknęło mnie to do żywego. Gotów byłbym puścić w niepamięć własną krzywdę, ale ból matki przejął mnie do głębi. Gdybym tak mógł przyskoczyć do Hudl i kopnąć ją w brzuch, sto lat życia przybyłoby mi.

Matka chyba czegoś się domyśliła. Spojrzała na mnie jakoś smutnie swoimi niebieskimi, na pół drzemiącymi oczami. Wydawało się, że w jej wzroku tkwi żądanie, żebym zdał jej sprawozdanie, żebym powiedział jej, co jest grane.

Powiedziałbym. Opowiedziałbym wszystko, ale bałem się, że to może jeszcze pogorszyć sprawę.