Przez wiele dni matka pogrążona była w milczeniu. Jakoś zmalała i skurczyła się. Jakby Hudl przygniotła ją do ziemi, nie słowami, ale kamieniami.
Wieczory stały się ciemnoszare, nieprzyjemne, ciężkie. Matka cerowała, poprawiała i łatała bieliznę. Hudl zaś dalej zajmowała się gotowaniem jedzenia. Jak przedtem odwracała się przy jedzeniu twarzą do ściany i wcinała rosół z kurzymi skrzydełkami.
Myśmy w owym czasie mięsa w powszednie dni tygodnia nie jedli. Rano mama gotowała kaszę, wieczorem barszcz z kartoflami.
Zapach kurzych rosołów łaskotał podniebienie. Przed zaśnięciem Hudl z zamkniętymi ustami żuła kawałki pomarańczy.
Czy można było taką kobietę lubić? Nie mówię już o tym, że kiedy myśmy się kładli spać z brzuchem pełnym kartofli, ona delektowała się pomarańczami, ale czego chciała ode mnie? Co miała do zarzucenia ojcu? Właśnie, co?
Mama przez jakiś czas milczała. Było to długie i bolesne milczenie. Aż pewnego wieczoru, kiedy ojciec spokojnie przekrawał łyżką ugotowany kartofel, matka, kładąc łatę na koszuli, przysunęła się do niego i cichym głosem powiedziała:
— Lejzorze!
Drzwi do kuchni były przymknięte. Ja już zapadałem w sen. Miałem zamknięte oczy. Czułem, że matka chce powiedzieć ojcu coś takiego, czego nie powinienem usłyszeć.
Może przyczynił się do tego jej dziwny szept, a może jej długie milczenie. Fakt, że postanowiłem nadstawić uszu i podsłuchiwać.
— Lejzorze — powtórzyła matka i jeszcze bardziej przybliżyła się do ojca.