— Nie zaklinaj mnie Frumet! Muszę tej czarownicy dać nauczkę. Raz i na zawsze!

— Nie pójdziesz do niej. Wierzę ci. Gdybym ci nie wierzyła, to bym ani przez chwilę tu nie pozostała. No już, daj spokój. Chodź tu, usiądź przy stole.

— Nie, Frumet! Ona musi natychmiast się wynieść stąd! Podła baba! Bezczelna wiedźma!

Mama objęła ojca za szyję.

— Lejzorze, nie pójdziesz do niej! Za duży to dla niej zaszczyt. Usiądź, proszę cię.

Ojciec usiadł przy stole. Co chwila jednak kierował wzrok ku drzwiom kuchni. W końcu mamie udało się go przekonać, ale jeść już nie chciał.

We mnie wszystko się burzyło. Pierwszy i chyba ostatni raz w życiu widziałem ręce mamy na szyi ojca.

Przez jakiś czas rozmawiali jeszcze. Ich słowa powoli i z trudem cedzone przypominały powolne ruchy zmęczonych, łażących po ścianach much. Sen odebrał mi słuch. Zasnąłem z widokiem rąk mamy zarzuconych na szyję ojca. W mojej wyobraźni ręce mamy wyglądały jak dwa białe, czyste ptaki.

Pośrodku nocy coś mnie obudziło. Poczułem ból w ustach. Jakby mnie szydłem kłuto. W głowie mi szumiało. Ojca już nie było. Widocznie zdążył już wyruszyć z chłopem na wieś.

— Co mnie tak boli? Co mi w głowie szumi? Może ząb? Nie. To nie jeden ząb, ale cała połowa ust. Ból świdruje mi głowę, czuję go w plecach. Sięga już do palców u nóg.