— Co tam się dzieje? Dlaczego tak krzyczą?
— Oj, droga Hudl — mama zapomniała, że się na nią gniewa — ząb... biedaczysko... strasznie go boli. Nie wiem, czy w domu mamy spirytus. Może ty, Hudl, masz trochę spirytusu?
— Nie mam spirytusu! Skąd u mnie spirytus!
— Co w takim razie mam zrobić?
— Co zrobić? — piskliwym głosem zawołała Hudl. — Co za pytanie? Zadusić go trzeba i koniec. Żeby taki młokos nie dawał oka zmrużyć!
Mama już więcej o nic nie prosiła Hudl. Tak długo szukała, aż znalazła w domu spirytus. Wziąłem krople na ząb. Przyłożyła mi do policzka kompres z gorącego piasku. Ciepłymi rękami głaskała mnie po twarzy i w ten sposób złagodziła moje cierpienie.
Hudl jednak nie spała już. Jej głos wgryzał się w mózg jak rdza w żelazo.
— Oka nie dadzą zmrużyć. Przez pół nocy przeszeptywała się z mężem. Jak się chce gruchać z mężem, to nie trzeba przyjmować sublokatorów. I ten bękart ze swoimi zębami. Kto mu kazał mieć zęby? Chętnie bym go zadusiła.
— Obyś się sama udławiła i udusiła! Boże jedyny!
Słowa te mama wymówiła z głębi serca. I jeszcze czulej objęła moją głowę ciepłymi rękami.