Ita stała na swoich czerwonych, obnażonych nogach i obracała beczkę na wodę. Mama przedtem wrzuciła do niej rozżarzony kamień i oblała go wrzątkiem. Od zetknięcia wrzątku z kamieniem powstawała para, która buchała w spoconą twarz Ity. Zasapana wycierała pot z czoła i na chwilę przestała obracać beczkę.
Zobaczyła bowiem gołębie na dachu i patrząc na nie, uśmiechnęła się od ucha do ucha, po czym wskazując je palcem, powiedziała:
— Ten niebieski to samiec. Biały zaś to samica. On powiada do niej „kochaneczko”! A ona trzyma się z dala od niego.
— Ito — skrzywiła się mama — uważaj, beczka może się spalić. Czy nie masz już innego tematu do rozmowy?
Ita zaczerwieniła się po uszy. Z większym zapałem zaczęła toczyć rozżarzony kamień po dnie beczki.
Nie miałem czasu na obijanie się. Nie mogłem pozwolić sobie na to, żeby przyglądać się gołębiom. Przecież jutro święto. Na blaszanym daszku nad płytą kuchenną leżała drewniana łyżka z resztkami chumecu31 zebranymi przez ojca ze wszystkich zakątków mieszkania. Miałem ją owinąć bandażem i zanieść do bóżnicy na spalenie i zdążyć wrócić do domu na ostatni posiłek przed świętem32.
Spalanie chumecu nigdy nie należało do moich ulubionych zajęć. Zawsze uważałem to za rzecz wstydliwą.
Nie wiem, czy wstydziłem się biednej łyżki, czy żal mi było wychodzić z czystego, sprzątniętego mieszkania. Fakt, że była to dla mnie nieprzyjemna praca.
Dlatego też starałem się nie chodzić z chumecem do synagogi. Nigdy zresztą nie spaliłem go.
Bocznymi uliczkami przemykałem się do okrągłego rynku, na którym wznosi się z jednej strony ratusz z zegarem miejskim, a z drugiej strony zamek ze staromodnymi, okrągłymi oknami.