Na środku rynku między ratuszem a zamkiem rozciąga się na małej powierzchni skwerek, na którym rośnie rzadka trawa.
Żydzi wyrzucają tu pestki od śliwek, zaś służące zostawiają tu stare miski i dziurawe garnki. Czasami nocuje tu zabłąkany pies. Komu może zaszkodzić moja drewniana łyżka? Niech i ona zazna na tym skwerku nieco spokoju i odpoczynku. Przyznaję, że z lekkim sercem tego nie robiłem. Miałem poczucie grzechu. Czułem, że nie wolno mi tego czynić. Ale mimo to chumecu nie spaliłem.
Dzisiaj pobiegłem tam wcześniej niż zwykle. Zegar na wieży ratusza lśnił kolorem nieba. Na staromodnych, okrągłych oknach zamku zalegała chłodna niebieskość. Dopiero co przebudzony chłop wjechał na rynek z furą słomy.
Rozejrzałem się po wszystkich stronach. Przy ratuszu stoi strażnik. On na pewno widzi, dokąd zmierzam. Ale co mi tam strażnik. Przecież nie mam zamiaru kraść. Gorzej z Żydami i Żydówkami, którzy co jakiś czas tędy przechodzą.
Oto właśnie nadchodzi siwy Berl z rudą, głupią brodą. Przechodzi i zagląda mi prosto w oczy.
Zatrzymuje się. Czekam, aż Berl przejdzie, a strażnik oślepnie, aż chłop z furą słomy zniknie mi z oczu. I kiedy nikogo już z nich nie widzę, wyciągam z rękawa łyżkę, obracam się twarzą do ratusza, jakbym chciał zobaczyć, która godzina na zegarze, i z tyłu przerzucam łyżkę przez ogrodzenie skweru.
Nie uciekam. Odchodzę powolnym, sztywnym, twardym krokiem, jakbym tę łyżkę właśnie połknął. Jestem pewny, że za chwilę ktoś mnie złapie z tyłu za kołnierz i krzyknie:
— Stój, chłopcze! Czyj ty jesteś? Co tam rzuciłeś?
Bóg jednak jest miłosierny. Dotychczas nikt mnie za rękę nie złapał. Jedno tylko: przez cały okres święta Pesach mam wrażenie, że całe nasze mieszkanie przesiąknięte jest chumecem. Nic nie mówię. Męczy mnie to i gnębi. Daję sobie słowo, że, jak Pan Bóg da, to w przyszłym roku spalę go doszczętnie. Nadchodzi ten rok i moje postanowienie pozostaje niespełnione.
Spieszę do domu. Kto wie, czy zdążę na ostatni przedświąteczny posiłek. Mama będzie miała pretensję: „Chłopak w domu, a pociechy z niego żadnej”. Jeśli ojciec będzie obecny, to położy swoją ciężką rękę na moim ramieniu i gniewnym głosem zawoła: