— Co znaczy, nie słyszałem? Na naszej komodzie stoi przecież twoja fotografia. Jak mogłem ciebie nie poznać!
Biegiem pędzę do mieszkania i krzyczę:
— Mamusiu, Jojne z Łodzi przyjechał!
Mama jest na podwórzu. Słyszy mój krzyk i płoszy się. Robi się czerwona na twarzy. Myśli, żem zwariował. Zaraz jednak chwyta ścierkę i szybko wyciera ręce. W pośpiechu gubi fartuch i z wyciągniętymi rękoma biegnie nam na spotkanie.
— Jojne kochany, dziecko moje! Nie spodziewałam się ciebie! Witaj miły gościu!
Obejmuje głowę syna. Ze wzruszenia wyciera nos. Wykonuje kilka obrotów nie ruszając się z miejsca. Rozgląda się po podwórku, czy wszyscy ją widzą. Przecież przyjechał Jojne, najmłodszy syn z pierwszego małżeństwa.
Jojne jest chudzielcem. Jego jabłko Adama jest w ciągłym ruchu. Policzki ma zapadłe. Wyglądają na głębokie dziury.
— Jojneczku — wzdycha mama — czemu tak źle wyglądasz?
— Pracuje się, mamo.
— Czy dobrze cię chociaż traktują? Czy są z ciebie zadowoleni?