Rozdział X
Jeśli Ita przywiozła z Warszawy sytość bogatych kredensów i beztroskie zachowanie, to Jojne przyjechał z Łodzi ze skrzętnie skrywaną w małych, rozbieganych oczach biedą i z ciemnozielonawym pyłem na twarzy od pluszowych dywanów, przy których pracował w Łodzi. W czasie, kiedy Ita krzątała się rozpłomieniona przy bogatych garach, Jonę musiał uniżenie kłaniać się klientom. Musiał się im podlizywać, namawiać i oszukiwać.
Być może, że z tego właśnie powodu Jojne jest taki chudy i taki pokręcony. Kiedy mówi usta ma do połowy zamknięte. Mówi powoli, przez ściągnięte wargi, z jakimś zaśpiewem. Wtrąca często wyszukane polskie słowa. Nawet do matki zwraca się czasem per: „proszę, łaskawa pani”.
Wyraźnie widać, że Jojne jest człowiekiem wielkomiejskim. Ma laseczkę, miękki kapelusik, noszony na bakier i marynarkę ściągniętą w talii. Jojne nie chodzi, ale tańczy. Mały kroczek i zaraz mały podskok. Krok i pląs.
Ita patrzy na niego z boku. Wdzięczy się, ściągając podbródek, który układa się w fałdy i śmieje się. Kiedy Jojne nie słucha, powiada mimowolnie:
— Jaki on zgrabny, jaki ładny...
Twarz mamy rośnie w uśmiechu. Pociągając nosem, przytakuje jej z zadowoleniem:
— Piękny, bez uroku, jak złoto! Co Ito?
— Żebym tak szczęśliwa była — powiada Ita — jaki on ładny.
Z powodu Jojne przybyło nam jeszcze jedno łóżko, oczywiście żelazne. Mama wypożyczyła je, Ita zaś przytaszczyła. Postawiono je tam, gdzie dawniej stał kufer Hudl. Mama powiedziała mi, że od tego dnia będę spał w tym łóżku razem z Jojne.