I oto ojciec zaczyna się kiwać. Kołnierz nowego kitla mieni się dostatnią niebieskością. W czerwonym winie odbijają się srebrzystymi, drgającym pasmami, palące się świece. Głos ojca nabiera mocy.
I nagle głośniej niż przy innym zdaniu czyta:
— Tym rzadziej i rzadziej...
Natychmiast rozlega się głos mamy.
— No! Co ty mówisz, Lejzorze? Ma być: tym bardziej i bardziej.
Ojciec nagle przerywa czytanie. Przestaje się kiwać. Nieruchomieje. Podnosi głuchawą twarz, patrzy na palec mamy, który wskazuje mu werset w Hagadzie i mruczy:
— Tak rzeczywiście: tym bardziej...
Na chwilę zalega milczenie. Ciężkie milczenie. Potem ojciec zaczyna dalej czytać. Szybciej niż przedtem. Głośniej niż przedtem. Za chwilę jednak zostanie znowu upomniany za błędne odczytanie tekstu.
— Źle, Lejzorze!
Nie mogłem patrzeć mamie w oczy. Gdybym był w wieku Jojne, to bym powiedział mamie, żeby nie poprawiała ojca. Niech czyta, jak umie. On przecież wie, jak jest napisane. Prawdopodobnie niedowidzi.