Mama ciężko wzdycha. Widzę ją. Jest wysoka i biała. Zdaje się, że wraca do swojego łóżka. Wtem słychać, że ktoś zamyka w kuchni drzwi. Mama siada na brzegu łóżka.
— Jojne?
— Tak, to ja, mamo.
— Gdzie byłeś?
— Zapomniałem zamknąć drzwi.
Mama wstaje. Jojne kładzie się do łóżka. Nie przysuwam się do niego. Z daleka czuję ostry zapach potu i jabłek.
Rozdział XI
Następnego dnia było święto. Ostatnie dwa świąteczne dni Pesach. Ita wstała wcześnie. Obwisła twarz świadczyła o nieprzespanej nocy. W milczeniu sprzątała mieszkanie. Nie była teraz ładna. Jej rozłożysta figura rzucała się teraz w oczy.
Jojne krążył po pokoju jak obcy człowiek. Ubierał się powoli, pogwizdywał jakąś melodyjkę i tanecznym krokiem wyszedł z domu, mówiąc, że idzie do bóżnicy.
Mama również wstała wcześniej. Na jej twarzy malowało się zmęczenie i troska. W ciągu nocy schudła i stała się jakby wyższa. W świetle chłodnego słońca, stojącego na przeciwległym dachu, oczy jej wydawały się zielone. Milczała. Wszystko w domu milczało.