Świeżo ogolona twarz Jojne wciąż jeszcze jest zielona. Bardziej zielona niż przedtem. Pełna zmarszczek. Przez noc jabłko Adama jakoś wyostrzyło się i wygląda w ruchu jak biegająca mysz. Jojne siedzi przy stole ze spuszczonymi oczyma. Między jednym daniem a drugim odłamuje kawał macy i żuje. Matka patrzy na niego z boku. On unika jej spojrzenia. Czuje zapewne surowy wzrok na sobie. Zaczyna wtedy kręcić głową, jakby uwierał go sztywny kołnierzyk.
Nie tak wyglądało kiedyś święto u nas. Nie tak odmawiano błogosławieństwa przy stole. Nie tak odchodzono od stołu. Tato zawsze nucił beztroską, swojską melodię. Mama wtórowała mu swoim czystym głosem. Dzisiaj, zaraz po obiedzie Jojne wziął laseczkę i wyszedł na ulicę.
— W święto bierzesz laskę? — zapytał go ojciec.
Ale on już był za drzwiami. Przez okno widziałem, jak wymachuje nią i posuwa się tanecznym krokiem.
Ita myje naczynia. Z uporem i złością ładuje siły w to świąteczne mycie. W mieszkaniu czuć zapach cebuli, jajek, barszczu i smażonych macowych łazanek. Ogarnęło nas zmęczenie z przesytu. Oczy się kleją. Ojciec nie myśląc długo, położył się w spodniach na łóżku. Jego duża broda, która w święto była gładko zaczesana, jak u zamożnego człowieka, teraz rozwichrzona rwie się ku sufitowi. Po kilku chwilach mieszkanie wypełniło się ciężkim oddechem.
Mama kręci się po pokoju. Domyślam się, że ma coś do powiedzenia albo chce coś ukryć. To otwiera szufladę komody i bez zajrzenia w głąb, zamyka. To znów otwiera okno i staje bez ruchu.
— Jak tu duszno!
I nagle zwraca się do mnie:
— Dlaczego nie pójdziesz na spacer?
— Dokąd miałbym pójść?