— Czy ja mam ci powiedzieć, dokąd masz iść? Nie masz kolegów?
— Mam, dlaczego miałbym ich nie mieć?
— Poszedłbyś do nich i zagrał w orzechy.
— Nie mam orzechów.
— Co znaczy nie masz? Masz tu orzechy.
Mama wyciągnęła papierowy woreczek i wsypuje mi do kieszeni orzechy. Są już pełne. Nie pamiętam, żeby mama kiedykolwiek dała mi tyle orzechów. Na dodatek dostałem jeszcze dwa makaroniki i cukierek obciągnięty pomarańczową skórką.
— Idź, no idź już — powiedziała mama, kładąc ręce na moich ramionach.
— Nie mam dokąd iść — powiadam. — Zaczekam, kiedy ojciec wstanie, wtedy razem pójdziemy do ciotki Noemi.
— Taki piękny dzień, a ty siedzisz w domu — rzuca mama już ze złością.
Mama z pewnością ma poważne zmartwienie. Gdyby nie to, nie mówiłaby tak do mnie. W najgorszych dniach, w chłodne wieczory zimowe, kiedy nie było czym rozpalić ognia, nie mówiła do mnie tak. Coś ją musi boleć. Może z tego właśnie powodu nie chce mi się wychodzić z domu. Nie chcę jej zostawiać samej.