Na końcu jednak udało się mamie wyekspediować mnie z domu. Właściwie wypchnęła mnie. Ita nie odzywała się. Czyściła garnki z zaciekłością i zacięciem.

Zamknąłem za sobą drzwi. Dopiero teraz uprzytomniłem sobie, że mama chciała się mnie pozbyć. Postanowiłem stanąć pod oknem. Z wnętrza pokoju nie można mnie było dostrzec. Na dachu wznoszącym się naprzeciw domu, spacerowały gołębie. Spacerowały sobie beztrosko. Od czasu do czasu któryś podnosił skrzydełka i obleciawszy kilka razy dom, siadał z powrotem na dachu.

Nagle wszystkie łebki gołębi rozkołysały się. Wymieniwszy spojrzenia i pomachawszy skrzydłami w mig wzniosły się w powietrze, jakby na rozkaz jakiegoś dowódcy i poszybowały w górę. Wyglądały jak pojedyncze płatki śniegu pozłacane słońcem.

Śledziłem wzrokiem ich lot. Krążyły wokół jednego miejsca. To w górę, to w dół. Trzymały się razem, niczym wierna, oddana sobie rodzina. Jeśli jeden gołąb oddalił się, po chwili wracał radosny i drżący do stada. Nie tak, jak u nas w domu, gdzie właśnie zakłócona została radość najpiękniejszego święta na świecie.

Tak. Wszystko zostało zakłócone i zmącone. I kiedy tak stoję zapatrzony w gołębie, słyszę przez okno głos Ity. Mówi zapalczywie, jest przejęta.

— Ciociu kochana! Żebym tak zdrowa była! Jak pragnę żyć!!!

— Bez przysiąg, Ito! Chcę znać prawdę — mówi mama.

— Powiem ci całą prawdę, ciociu. Było tak. Umówiliśmy się na spacer do lasu. Ja i on. Nic nie było. Spacerowaliśmy. Rozmawialiśmy o Warszawie, o Łodzi... Potem, kiedy zrobiło się ciemno, on chciał...

Czego chciał, już nie usłyszałem. W otwartym oknie nagle ukazała się głowa mamy. Gniewny krzyk omal nie rozdarł mi uszu.

— Czego tu sterczysz, idioto? Idź do wszystkich...