Otwarte okno zamknęło się z hukiem. Gołębie obniżyły lot wokół dachu. Mnie gniewny krzyk matki mocno zabolał. Uciekłem z podwórka. Nie wiedziałem, czy matka biegnie za mną, czy też została w domu. Obejrzałem się. Nikt mnie nie gonił. Mimo to biegłem dalej. Chciałem kogoś spotkać. Chciałem grać w orzechy. Chciałem z kimś rozmawiać. Chciałem coś robić.

Nie wiem, jak to się stało, ale nagle znalazłem się przed domem, w którym mieszkaliśmy, zanim umarł Mojsze. Zdawało mi się, że powinienem tu spotkać Józię, córkę bednarza. Muszę ją spotkać. Muszę jej coś powiedzieć. Jest mi gorąco. Płonie mi twarz. Płoną ręce. Wiem, że Józia już tu nie mieszka. Mimo to zaglądam przez okna. Stoją na nim wazony kwiatów. Dużo wazonów. Z pewnością mieszkają tu goje. Dziwne mi się wydaje, że mieszkają właśnie w naszym domu. Oto otwierają się drzwi. Nasze drzwi. Na progu ukazuje się młoda jasnowłosa dziewczyna z żółtą bułką w ręku.

Coś się we mnie buntuje. Nie mogę patrzeć na to, jak „siksulka38” trzyma otwarcie bułkę. Przecież jest Pesach. Nie wolno jeść chumecu!

Dziewczynka odejmuje bułkę od ust i zdziwiona patrzy na mnie.

— Do kogo?

— Do Józi.

— Nie nazywam się Józia. Na imię mi Stasia. A ty jak się nazywasz?

— Mendel.

— Chcesz się bawić?

— Tak, ale rzuć tę bułkę. To przecież chumec.