— Wynoś się, Żydzie! — krzycząc, kopie mnie nogą w bok i szybko otwiera drzwi.

Nie wiem, czy mi się zdawało, czy może źle widziałem, ale przed oczami mignęła mi czarna, owcza głowa Józi, córki bednarza.

— Józiu! — krzyknąłem donośnym głosem i rzuciłem się ku drzwiom, żeby wpaść do naszej dawnej kuchni. W domu rozległ się echem ostry głos:

— Mamo, Żyd chce mnie zabić!

Matki dziewczyny już nie zobaczyłem. Józi też nie. Zacząłem uciekać. Wybiegłem z podwórza na ulicę, byle dalej.

Zatrzymałem się dopiero w starym parku. Nikt mnie nie gonił.

Na drzewach leżały ochłodzone kawałki słońca. Po dróżkach spacerowali młodzieńcy ze swoimi pannami. Wszystkie panny były pozłacane. Wszystkie głośno stukały obcasami.

Gdybym mógł powiedzieć... nie, nie powiedzieć, ale krzyknąć: „Przestańcie stukać obcasami”, spadłby mi kamień z serca.

Długo trwało, nim odsapnąłem. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się stało. Czułem, że zawiniłem, ale wobec czego, nie wiedziałem.

Poszedłem do domu z uczuciem lęku. Zdawało mi się, że powinienem się wytłumaczyć.