Nie podobają mi się oczy ciotki Noemi. Są białe. Napędzają melancholię. Wywołują niepokój. Nie lubię też jej sposobu mówienia. Nie mówi otwarcie. Coś skrywa. Słowa cedzi powoli, z pewnym zaśpiewem.
— Lej — zo — rze... we — so — łych... świąt! Jak... się... masz? No, to... chwała Bogu! A co porabia Frumet? No, to chwała Bogu! A ten twój Mendel?
Kiedy wyśpiewuje słowa „chwała Bogu”, oczy jej się zamykają jakby z zachwytu, a głowa zaczyna się kołysać.
Jej ciemna karnacja, ostro zakończona twarz, wysoki wzrost, jak ulał pasują do obszernych, chłodnych pokojów, w których głos człowieka gubi się po kątach, nim nabierze wyraźnego dźwięku.
Wydaje się, że tylko te wysokie ściany i te zimne stoły i komody mogły wydać z siebie taką ciotkę Noemi. Gdzie indziej, pod niskim na przykład sufitem, wśród ciepłych ścian, ciotka Noemi nie mogłaby znaleźć miejsca.
Dziw tylko bierze, jak jej mąż, wuj Ben-Cijon, dostosował się do tych praw. Sam przecież jest niskiego wzrostu, okrąglutki i tłusty. Pan Bóg obdarzył nieboraka wcale nie męskimi nóżkami i krótkimi, pulchnymi rękami. Tylko brodę ma białą i dużą, a brzuch potężny, na miarę prawdziwego bogacza.
Wuj Ben-Cijon nie nosi butów z cholewami, tylko czarne, wyglansowane sztyblety ze sztywnymi gumowymi ściankami po bokach.
Spodnie lubi nosić również czarne, dobrze wyprasowane z widocznym kantem. Gdy zamawiał kapotę, wuj Ben-Cijon medytował, zasięgał rady u żony Noemi. Stanęło na tym, że sprawił sobie kapotę nieco krótszą, zbliżoną krojem do kapot noszonych przez maskilów39, ale podkreślającą, że właściciel jest pobożnym Żydem.
W domu nosił jedwabną, ośmiokątną jarmułkę, a na ulicy czarną sukienną czapkę z niskim denkiem. Sznurek przy denku jest jedwabny, potrójnie pleciony.
Wuj Ben-Cijon kaczkowato kołysze się na swoich krótkich nóżkach.