Mendel otwiera ze zdziwienia swoje duże, białe jak u mamy oczy i wzrusza ramionami. Można sądzić, że chce przez to powiedzieć: „Jeszcze czego! Dla kogo mam tu śpiewać?!”.
Uśmiecha się do niego świątecznie duża broda mego ojca:
— Ano właśnie — powiada broda — zaśpiewaj coś Mendel. Czasem słucham ciebie w synagodze, ale nie zawsze można się tam dopchać. Bywa też, że nie zawsze dosłyszę...
Usteczka Mendla ściągają się jeszcze bardziej. Przymyka ciut, ciut oczy, jakby chciał się zdrzemnąć. Gotów jest śpiewać. Wstrzymuję oddech. Na brodzie ojca błąka się ciepły uśmiech. Oczy ciotki Noemi zdają się również zapowiadać drzemkę. Tylko wuj Ben-Cijon łyka ze szklanki większą porcję miodu i zakłada ręce na brzuchu.
Mendel jednak nie śpiewa. Sztywnym krokiem przechodzi powoli do drugiego pokoju. Uśmiech z brody ojca ulatuje. Broda staje się ciemna. Zaczynam oddychać. Ciotka Noemi na widok syna wychodzącego z pokoju, marszczy czoło.
Wtem z drugiego pokoju rozlega się głos Mendele. Śpiewa. Uszy mego ojca ustawiają się do słuchania. Twarz ciotki promienieje radosnymi zmarszczkami.
— Boże w niebiosach! — woła w uniesieniu. — Spraw, żeby mi tak zawsze było. On przecież, na psa urok, śpiewa jak ptaszek w lesie.
Ja sam, przyznaję, nie wiem, jak człowiek może śpiewać jak ptaszek w lesie, ale głos Mendla krzepi moje serce niczym miód. Z niczym nie da się go porównać. Jedno, co wiem i rozumiem: Mendel ma prawo się wywyższać. Na jego miejscu nie byłbym lepszy.
Tymczasem w pokoju robi się ciemno. Wszyscy siedzimy cicho, i bez ruchu jak chory, który boi się poruszyć, żeby nie rozjątrzyć ran. Szklanki z miodem na stole pogrążone w cieniu. Wszyscy o nich zapomnieli. Śpiew Mendla uskrzydla nas. Cudowny śpiew. Cudowny chłopak. Odchodzę syty miodem, pomarańczami i jednocześnie głodny, przybity z powodu cudownego głosu Mendla.
Ojciec mówi coś do mnie, a ja nie wiem, co odpowiedzieć. Czym ja jestem w porównaniu z Mendlem? Prochem i niczym. Nawet zwykłego ubrania nie mógł mi tato sprawić na święto. Tamten Mendel jest ubrany jak prawdziwy władca. Jego czysty, piękny głos jest również władczy. Ja natomiast uganiam się po obcych podwórkach. Ja mam do czynienia z Józią i Hudl. Jestem gruboskórny. Jakżebym się ucieszył, gdyby ktoś nagle przyniósł mi wieść o tym, że Mendel zachorował, że trzeba było natychmiast zoperować mu gardło i wyciąć struny głosowe. Wtedy pokochałbym Mendla. Byłby wtedy moim jedynym i najlepszym kolegą. Opowiedziałbym mu o gołębiach siedzących na dachu, o Józi, córce bednarza, o Icie i Jojne. Miałbym mu bardzo dużo do opowiadania. Teraz jednak nie potrafię mu niczego opowiedzieć.