Prosto od ciotki Noemi udaliśmy się do beit hamidraszu. Kantor Moszke tak sucho śpiewał, tak ciężko „piłował” dzisiaj swoje żołnierskie marsze, że głowa zaczęła mnie boleć. Modliłem się o to, żeby już skończył, żeby zrobiło się późno, żebym już mógł się położyć do łóżka i wypłakać się. Wtulić głowę w poduszkę i wypłakać się do syta.
W domu ojciec jakby o mnie zapomniał. Zaczął opowiadać cuda o swojej siostrze Noemi, o poczęstunku, jakim nas uraczono i o wspaniałym głosie Mendla.
Widzę, jak twarz matki pokrywa się zmarszczkami. Wydaje się, że ledwo go słucha. Przysiągłbym, że słowa ojca nie przypadają jej do gustu.
— No, wystarczy już — powiada wyraźnie zniecierpliwiona. — Już słyszeliśmy te cuda.
Byłem wdzięczny matce za jej słowa. Kochana mama! Za mną się ujęła! Za moją krzywdę!
Ojciec zamilkł. Wszystko w pokoju ucichło. Ita szykowała stół. Na twarzy mamy pojawiły się plamy. Znak, że się gniewa. Nie miała na sobie świątecznej sukni. Wyglądała na zatroskaną i przygnębioną.
— A gdzie się podział twój syn? — zapytał ojciec.
— Dzisiaj go nie będzie — odpowiedziała matka.
Ita szybko wybiegła do kuchni. Ojciec zmarszczył brwi.
— Jak to? Przecież trzeba odprawić kidusz44.