— Odprawisz bez niego.

— Nic nie rozumiem.

— Czego nie rozumiesz? Nie ma go i tyle! Zaproszony został do Miriam. Ona go zaprosiła.

— Ach tak? No, cóż...

Siedliśmy do stołu bez Jojne. Ita też nie siadła z nami. Jedliśmy w milczeniu. Nastrój był ciężki.

Jojne nie przyszedł na noc. Następnego dnia też się nie zjawił.

Ita z płonącą twarzą nieustannie się krzątała po kuchni. Sprzątała, myła, czyściła. Wieczorem, kiedy święto dobiegło końca, kiedy trzeba było wynieść świąteczne naczynia i przynieść zwykłe, chumecowe, matka wyszła z domu. Zabrała ze sobą mocno sfatygowaną walizeczkę Jojne.

Ita usiadła wtedy przy oknie i patrzyła w ciemną dal.

Ojciec udał się do swego wspólnika, do Motla Sztroja. W naszym mieszkaniu było szaro i mroczno. Mama nie wracała. Ojciec nie wracał i Jojne się nie zjawił. Błąkałem się po mieszkaniu jak opuszczony sierota. Zdawało mi się, że już nigdy nie zobaczę matki. Wróciła dopiero nocą bez walizeczki Jojne. Tej nocy spałem sam w żelaznym łóżku.

Rozdział XII