Potem dowiedziałem się, że poprzedniego wieczoru Jojne bez pożegnania wyjechał. Raczej uciekł. Dlaczego nikt o niego nie zapytał? Jakby wstyd było wymówić jego imię. Ita przez jakiś czas jeszcze przebywała u nas w domu. Schudła. W oczach nie miała już owego czarnego, ciepłego błysku, jak po przyjeździe z Warszawy. Stała się leniwa i ociężała.

Nikt nie zauważył, że niknie w oczach. Mama milczała. Ja to widziałem, ale nic nie mogłem zrobić. Ojciec nie interesował się córką. On już sześć dni w tygodniu był w drodze, w polu, między ziemią a niebem, wśród stogów siana i furmanek chłopskich. Tylko w sobotę mógł zobaczyć się z córką. Jednak sobota zbyt krótko trwa, żeby mógł dostrzec, w jakim jest stanie. Zresztą nadal był pod wrażeniem przyjęcia, jakiego doznał u siostry Noemi i wspaniałego śpiewu jej syna.

Nie przestawał mówić o domu Noemi i jej udanym Mendelku. W piątek wieczorem albo w sobotę przy obiedzie, kiedy dochodziło do śpiewania Zmires45 i ja zaczynałem pomagać w tym ojcu, a ojciec się skrzywił, jakby połknął niesmaczny kąsek i westchnąwszy głęboko, powiedział z żalem:

— Gdyby Mendel, mój siostrzeniec, był tu...

— Dla niego nie ma ważniejszej rzeczy niż siostrzeniec — wtrąciła matka ze złością.

Matka nie lubiła rozmów na temat bogatej szwagierki. Nie lubiła też słuchać pochwał na cześć syna Noemi. Żywiła niechęć do wszystkiego, co miało związek z sytym domem Noemi.

— Lepiej byś się troszczył o swego syna. On też jest porządnym i dobrym dzieckiem. Uwierz mi, gdyby Bóg zechciał mi pomóc, to nasz Mendel też potrafiłby śpiewać.

— Głupia babo, czego się złościsz? Kto ci mówi, że nasz Mendel nie jest udanym dzieckiem? Co się tyczy śpiewania, to jest to dar od Boga.

— Dar, nie dar! Już widzieliśmy takie dary! Kiedy tacy obdarzeni wyrastają, stają się lichwiarzami i próżniakami. Jak myślisz, czy ten twój szanowny szwagier nie jest próżniakiem?

— Kto? Ben-Cijon?