— Chana jest mi tysiąc razy droższa niż Noemi!
Ja też wolałem ciocię Chanę. Była biedna, nawet bardzo biedna. Rodzona siostra ojca i Noemi. Miała śniadą twarz ciotki Noemi i senne oczy mego ojca. Mówiła powoli, tak jak jej siostra Noemi, ale bez jej sposobu akcentowania słów i bez jej pyszałkowatości.
Do ciotki Chany nie szło się z wizytą. Mieszkała za miastem, w małej drewnianej chatce z zakurzonymi szybami i z dachem krytym zielonymi, drewnianymi gontami. Jej pokoje nie były ani duże, ani wypucowane. Ale gdzie tam pokoje! Miała jedną izbę i to niską. Podłoga — klepisko z gliny, pełne wybojów. Dwa łóżka ze starą pościelą, pokrytą czerwoną kołdrą. W pokoju stał szeroki, staromodny, gliniany piec, przy którym schło kilka wiązek drewna i grzały się czarne, głodne dzieci w przykrótkich koszulkach.
Wysoka, przedwcześnie przygarbiona ciocia Chana, owijała swoje chude ciało w starą, postrzępioną chustę. Głowę miała zawsze zawiniętą w wełniany szalik, który z czasem stracił kolor. W jej domu jadało się kartofle rano, w południe i wieczorem. Wychodząc z chatki cioci Chany, trzeba było pokonać zwały śniegu, sięgające do połowy okna. Pozostawało tylko czekać. Tęsknymi oczami wypatrywano przez zamarznięte szyby przylotu bociana, który miał swoje gniazdo na koronie rosnącej naprzeciw topoli. Bocian przynosił dobrą nowinę. Z nadejściem wiosny można było wyjść z domu.
I wtedy ciocia Chana przynosiła z sobą zapach krowy i mleka. Przynosiła do miasta powiew rozkwitłego zboża i zapach ciepłych deszczy, które przez dziurę w dachu napełniały wilgocią jej pokój.
Przychodziła do nas raniutko, kiedy brzask powstającego dnia leżał jeszcze śpiący na szybach okna. Cichuteńko wślizgiwała się do pokoju i trzeźwym głosem powiedziawszy „dzień dobry”, siadała na łóżku mamy. Z mamą ciotka Chana była w wielkiej przyjaźni. Traktowała ją jak siostrę. Przed mamą otwierała serce. Wypłakiwała całą gorycz biedaczki. Złamanego grosza nie miała przy duszy. Kawałek mięsa pojawiał się w jej domu tylko w sobotę. I to nie zawsze. Dzieci chodzą goło i boso. Dłużna jest właścicielowi mieszkania czynsz za trzy kwartały. Chyba dojdzie do tego, że trzeba będzie chodzić po prośbie.
Mama starała się ją pocieszyć:
— Nie grzesz, miej ufność Chano. Wierzę w twego Mordechaja-Mendla. On jeszcze wypłynie i wstrząśnie Polską. Zapamiętaj, że ja ci to powiedziałam.
Ciotka Chana, chociaż nie miała za co przeżyć dnia, także wierzyła w męża. Wszyscy oprócz mego ojca wierzyli w wuja Mordechaja-Mendla. I czy nie można było w niego wierzyć? Przecież to był człowiek z tęgą głową. Kto mógł się z nim równać?
To nic, że Mordechaj-Mendel to bieda nad biedami. To nic, że na papierosa musiał pożyczać. Za to miał wspaniałe pomysły i znakomite plany. Jego łepetyna idealnie pracowała.