Mordechaj-Mendel nie należał do tych Żydów, którzy w Rosz Haszana i Jom Kipur modlą się tylko o zarobek i zdrowie dla żony i dzieci. „To są — powiedział — biedni ludzie o małych ambicjach i jeszcze mniejszych troskach”. On, Mordechaj-Mendel nie stanie przed Panem Bogiem, żeby wymodlić trochę pieniędzy na życie. A jeśli się już ma pieniądze, to co z tego? Jeszcze jeden talerz kaszy i jeszcze jedno gęsie udko.
— Najważniejszą rzeczą — mawiał — jest dokonanie czegoś takiego, żeby cały świat się dowiedział o tym, że istnieje Mordechaj-Mendel, żeby głośno o nim było, żeby wszyscy ludzie o nim mówili.
Na przykład: dlaczego on, Mordechaj-Mendel, nie mógł rozgłaszać, że cały okoliczny las razem z folwarkiem należy do niego? Czym Aron Szteinberg jest ważniejszy od niego? Czy zna lepiej Torę? Czy lepsze wygłasza kazania? I dlaczego on, Mordechaj-Mendel, nie może być tym człowiekiem, który zamierza zbudować linię kolejową do Białobrzegów? I dlaczego cały Farle, ten wielki majątek ziemski wraz z młynami, cegielnią i tartakami, nie może należeć do Mordechaja-Mendla? Czy Iczele Bekerman ma tęższą głowę?
W dzień i w nocy jeździł Mordechaj-Mendel do dziedziców. Mierzył pola i wycinał lasy. Ale przyzwoitego zarobku do glinianej, stojącej przy szosie chaty nie przynosił.
Pewnego razu wpadł na pomysł. Na genialny wprost pomysł. W mieście nie ma huty. Jak może takie miasto z tak wieloma Żydami i nie przymierzając, z tak licznymi Polakami, żyć bez huty? A więc Mordechaj-Mendel zbuduje hutę! Szkło z jego huty dotrze do wszystkich krańców świata. Bogactwo zapewnione.
I znowu zaczął jeździć do dziedziców. I znowu w dzień i w nocy liczył i przeliczał. W chacie panował ostry chłód. Obdarte dzieci biły się o lepsze miejsce na piecu. Wszyscy w domu żywili w sercu ufność i wiarę, że oto dziś lub jutro, kiedy powstanie huta, znajdzie się miejsce na piecu.
I oto nastąpił dzień, kiedy wuj Mordechaj-Mendel z dwoma dziedzicami udał się do rejenta, żeby podpisać akt. Tymczasem zwieziono drzewo, zaczęto wznosić budowlę. Wkrótce wyrosła huta z zadartym do nieba kominem, z dachami, parkanami i piecami.
Całe miasto zbiegło się, żeby zobaczyć to cudo. Zadzierano głowy, by spojrzeć na komin, obmacywano ściany i wydziwiano:
— Widzieliście ten cud? Macie pojęcie?
Ale Mordechaj-Mendel wspólnikiem huty nie został. Ktoś mu zabiegł drogę. Ktoś go oszukał. Zaczął więc pukać do drzwi adwokatów, pisarzy i sędziów. Przyswoił sobie na pamięć wszystkie paragrafy. Udowodnił, że go oszukano, że prawo za nim stoi. Ale prawo prawem, a Mordechaj-Mendel pozostał przy swoich paragrafach, a nie przy hucie. Sprawdził się jego pomysł. Huta rzeczywiście wysyłała swoje wyroby w świat, ale bez udziału Mordechaja-Mendla.