Jego czarna, gęsta broda bynajmniej nie osiwiała z tego powodu. Przeciwnie. Wydaje mi się, że nawet bardziej sczerniała i wygładziła się. Jego duże, żywe oczy, które przywodziły na pamięć pianę z piwa, raziły spojrzeniem. Białe zęby błyszczały nadal uporem i zaciętością.

Wuj Mordechaj-Mendel nie dawał za wygraną. Trudno, bez huty też można żyć. Ale gorzelnię takie miasto powinno mieć. Kto mówi, że wzbogacić się można tylko przez hutę?

Czy mało będzie, jeżeli zabierze się do pędzenia wódki? Plac pod budowę już wybrał. Była już nawet komisja. Zatwierdziła. Pozostaje tylko zabrać się do budowy.

Pewnego letniego dnia Mordechaj-Mendel przyszedł do domu w świetnym humorze. Rozśpiewanym głosem zawołał:

— Chano droga, żono ty moja, szykuj się. Wkrótce zamieszkamy w „pokojach”! Forsa będzie do nas waliła drzwiami i oknami. Upijemy się jak goje. Mordechaj-Mendel jeszcze żyje!

Biegał po mieszkaniu jak szalony. Rozchełstany i podniecony machał rękami:

— Co mi tam Ben-Cijon, pisarczyk kahału! Kim on dla mnie jest?

Mama patrzyła na podnieconego Mordechaja-Mendla z sympatią i zadowoleniem. Wierzyła w niego. Prorokowała mu kiedyś, że jeszcze zajdzie wysoko w Polsce. Teraz spełnia się jej proroctwo. Na policzkach Chany występują ze wzruszenia czerwone plamy. Była dumna ze swego męża.

Tylko ojciec milczał. Siedział ze wzrokiem wbitym w stół. Pyszałkowate słowa szwagra nie porwały go. Już nieraz je słyszał. Ale tego, że Ben-Cijon jest nikim i niczym dla Mordechaja-Mendla nie mógł znieść. Powoli odwracał twarz od stołu i uniósłszy brwi, cichym, kpiącym głosem powiedział:

— I kto by pomyślał, że taki człowiek jak ty lekceważąco mówi o Ben-Cijonie!