— Lejzorze — zawołał Mordechaj-Mendel, stanąwszy na środku pokoju. — Możesz swego Ben-Cijona zamarynować i zakonserwować, chociaż jest pisarzem gminy. A co się tyczy moich interesów, to znasz się na nich jak krowa na modlitwie. Ty przecież znasz się tylko na sianie, no to wąchaj siano.
— Moje siano przynajmniej pachnie! Z twoich zaś złotych interesów nie wyczuwa się dobrego zapachu.
Powiedziawszy to, ojciec spojrzał na matkę z uśmiechem zwycięzcy. Chciał widocznie przekonać się, czy jego słowa znalazły uznanie w jej oczach.
Ale mamie słowa ojca nie spodobały się. Nikomu zresztą nie spodobały się. Mimo to uważam, że ojciec miał trochę racji. Mordechaj-Mendel rzeczywiście myślał o tym, żeby swoimi dokonaniami wstrząsnąć Polską. Myślał dobrze. W mieście jednak mówiono, że Mordechaj-Mendel z powodu swoich interesów i poczynań zgnije w kryminale. Właśnie wyłoniła się sprawa gorzelni. Niewiele już brakowało do podpisania aktu. Miało to nastąpić dziś, najdalej jutro.
Mordechaj-Mendel z tego powodu wypił podwójną porcję wódki i zakąsił gęsim żołądkiem. Dzieci tej nocy nie biły się o miejsce na piecu, a ciotka Chana oka nie zmrużyła.
Ale pech chce, że dziedzic, wspólnik do gorzelni, kładzie się do łóżka zdrowy i cały, a nad ranem nie wstaje.
Mordechaj-Mendel już dziś mieszkałby w „pokojach”. Jechałby własną bryczką, zaprzężoną w dwa konie. Ben-Cijon pisarz nie zadzierałby już nosa. Mój ojciec nie pokpiwałby.
Ale Bóg nie chce. Taszczą więc Mordechaja-Mendla na policję, do sędziego śledczego, żeby wyjaśnił, dlaczego panu Dąbrowskiemu nagle się zmarło.
Dlatego też Mordechaj-Mendel nadal mieszka w zapadłej chacie przy szosie. Nadal przez dziurę w dachu ścigają się wiatr z deszczem. Nadal obok chaty przejeżdżają wozy w drodze do dalekich miast na jarmarki i targi. Stoi tam w ciemne noce ciotka Chana w objęciach pola i wiatru. Patrzy na przejeżdżające wozy i prosi Wiekuistego, żeby również jej Mordechaj-Mendel, jej „tęga głowa”, jej mąż doznał od Niego pomocy.
Mordechaj-Mendel przycichł. Po klęsce z gorzelnią, jego czarna broda nieco posiwiała. W rozżarzonych, niespokojnych oczach widać zmęczenie i przygnębienie. Ale nadal nie tracił ufności, wiary i ochoty, żeby stać się wielkim.