A może właśnie ciotka Chana w owe ciemne noce na opustoszałej wśród pola szosie wymodliła pomoc dla męża? Mordechaj-Mendel miał teraz na oku majątek ziemski. Było to całkiem nowe szaleństwo. Żyd, który przez całe życie mieszkał w drewnianej chacie, odżywiał się kaszą i razowym chlebem, który od dnia ślubu nie sprawił sobie nowego ubrania, nagle zaczął marzyć o majątku ziemskim. Jest to normalne?
Mimo wszystko majątek Weisówka spodobał mu się.
Pewnego letniego poranka ciotka Chana siedziała jak zwykle na łóżku mamy. Niebieskie pasmo światła padało na jej żółtą, kudłatą perukę. Szepcząc, zdradziła mamie w tajemnicy, że Fleischer, Niemiec Fleischer, ma zamiar odkupić Weisówkę i na wspólnika chce wziąć Mordechaja-Mendla.
— Owszem, wiesz przecież dobrze — dodała ciotka Chana — że Mordechaj-Mendel nie posiada własnej gotówki, ale gdzie to jest napisane, że do kupienia majątku trzeba mieć pieniądze?
A zresztą pieniądze wykłada Niemiec Fleischer. Mordechaj-Mendel wkłada w interes tylko rozum.
Ciotka Chana powiedziała to mamie głosem cichszym od szmeru latającej muchy. Mimo to głuchawy tato, który stał przy oknie w tałesie i tefilin, odwrócił głowę i spojrzał na siostrę z takim pogardliwym uśmiechem, że przez policzki cioci Chany przebiegły czerwone pasma krwi.
Mama leżała w łóżku. W ostatnim czasie wyładniała. Kiedy wkładała biały żabot z białymi szpicami przy rękawach i podnosząc głowę zmierzyła obcego człowieka urokliwym wzrokiem, można było jej samej powierzyć majątek.
Dlatego też z zainteresowaniem wysłuchała szeptu cioci Chany. Zauważyła też, jak ta się zaczerwieniła, kiedy tato pogardliwym wzrokiem zmierzył Chanę. Ściągnęła brwi i z jeszcze większą pogardą zawołała:
— Nie słuchaj go, Chano! Poza głupim uśmiechem na nic więcej go nie stać. On myśli, że na świecie nie ma niczego lepszego od handlu sianem. A ja ci powiadam, że przy bożej pomocy wkrótce staniesz się dziedziczką.
— Z twoich ust do uszu Pana Boga, oby tak się stało — powiedziała Chana, wzdychając.