Tymczasem dni i tygodnie nie stały w miejscu. Oto wyklarował się interes i oto nici z niego. Dziedziczka, która zamierzała sprzedać majątek, wyznaczyła wyższą cenę. I Fleischer rezygnuje. Mordechaj-Mendel zaś na nowo chce się zabezpieczyć. I znowu bieganina. I znowu nie jada. Dni i tygodnie spędza na sprawdzaniu hipotek. Z tym można jeszcze wytrzymać, ale kto może go zapewnić, że ten interes nie zakończy się tak, jak z hutą i gorzelnią?

— Nie trać wiary — pocieszała ją mama — Z tego interesu mąż twój nie wyjdzie z pustymi rękami.

Mordechaja-Mendla prawie że nie widywano. Nie nocował w domu. Biegał po drogach, jeździł koleją, wydeptywał przedpokoje dziedziców. Nie miał nawet czasu, żeby na cześć soboty pójść do łaźni.

Ale jednego razu wpadł do nas do domu z rozwichrzoną od wiatru brodą.

Mama szybko przygotowała śniadanie. Położyła na stole świeży bochenek chleba, świeże masło i ser i podała dzbanek z kawą.

Kiedy Mordechaj-Mendel zajadał się śniadaniem, mama oparła łokcie na stole i z ciekawością wpatrywała się w jego śniadą, pooraną twarz.

— I co u ciebie słychać, Mordechaju-Mendlu?

— Jakoś leci! Trzeba tylko trochę miłosierdzia.

— Zachowaj tylko spokój. Nie gorączkuj się.

— Tu nie chodzi o gorączkowanie się. Tym razem chodzi o zupełnie inne nieszczęście. Ten Niemiec, Fleischer, to złodziej nad złodziejami! Mówią, że Żydzi są oszustami, a ja ci powiadam, że ten Niemiaszka bije na głowę wszystkich żydowskich oszustów. Sama przecież wiesz, że ja groszem nie śmierdzę. Ja mam tylko pomysły. A ten złodziejski Fleischer chce mnie tak urządzić, żebym już nigdy nie zmartwychwstał. On dla przykładu chce, żebym był u niego ekonomem, takim sługasem, a on będzie dziedzicem! On, na przykład, chce...