I wuj Mordechaj-Mendel zostawia niedopity dzbanek kawy i rozgrzawszy się zaczyna mamie dokładnie, ze szczegółami opowiadać, jak Niemiec Fleischer chce go oszukać, wyprowadzić w pole i wykończyć na amen.
Mama patrzy mu wprost w błyszczące się oczy, zagapiona, z bezradnym uśmiechem na pięknych ustach. Czy rozumie wszystko, co Mordechaj-Mendel do niej mówi? Może tak. Mnie się jednak zdaje, że patrząc na niego, widzi tylko jego rozkołysaną głowę, szerokie koła, które nakreśla, wymachując rękami w powietrzu, rozżarzone źrenice jego oczu i przede wszystkim pola, magnacki majątek, tak plastycznie przedstawiony.
I stało się tak, że pewnego pięknego dnia całe miasto zawrzało od jednej nowiny: Mordechaj-Mendel kupił Weisówkę!
— Mordechaj-Mendel? — ludzie kręcili nosem — A kto to taki, ten Mordechaj-Mendel?
— Co znaczy kto? Szwagier Lejzora.
— Lejzor „Sianiarz”!
— To jego szwagier kupił Weisówkę?
— Jego szwagier.
— Szlag by trafił wszystkich moich wrogów! Przecież to biedak, istny nędzarz!
— A jednak!