Srodze zagniewana weszła do kuchni. Ojciec patrzył za nią pytającymi oczami.

Przez cały wieczór mama nie odzywała się. Z wyrazem troski na pomarszczonej twarzy podała kolację do stołu.

Kilka much usiadło na suficie. Zegar sucho tykał: „siam dzisiaj, siam jutro”... Ciężarki zegara dotykały już komody. Ojciec zaczął je naciągać. Chrzęst i stęk rozległy się w werku zegara. W sercu matki zapewne też coś stęknęło.

Po kolacji mama usiadła przy oknie i wpatrywała się w ciemność nocy. Z kamieniczki z naprzeciwka dochodził do nas powiew ciepła. Na górze, na ganku, ktoś chodził. Zegar tępo wybijał godzinę za godziną. Mama wciąż siedziała przy oknie.

Przysiągłbym, że w wyobraźni widzi teraz mosiężne klamki, jakie miała w domu swojego pierwszego męża, lekarza. Zapewne porównuje swoje dawne życie z dzisiejszym. A może zazdrości cioci Chanie jej nabytego majątku, który rozciąga się wśród pól zasianych zbożem, wśród lipowych drzew, nad którymi rozciąga się piękne niebo.

Matka, mama moja do samej śmierci nie zapomniała swoich mosiężnych klamek.

Rozdział XIII

Pogłoski o nabyciu przez Mordechaja-Mendela Weisówki okazały się prawdziwe. Ten biedak i nędzarz został właścicielem majątku. I to bez wspólnika, bez udziału w tym Niemca Fleischera.

— Jak to się mogło stać? — Żydzi w żaden sposób nie mogli tego zrozumieć. — Chyba okradł kościół albo co innego?

— Może i okradł.