— A co z Fleischerem? Czy Mordechaj po prostu go wypchnął?
— Chyba tak.
— Jak to? Niemiec dał się wypchnąć?
— Wychodzi, że tak.
Słowem, trudna zagadka do rozwiązania. W mieście wrzało i kipiało. Nie tylko obcy ludzie nie mogli zrozumieć, jak Mordechajowi udało się kupić majątek, ale również członkowie rodziny zachodzili w głowę, żeby pojąć, jak do tego doszło. Toteż nic dziwnego, że w zwykłe dni pracy wielu Żydów pobiegło do pobliskiego majątku, by na własne oczy zobaczyć, czy Weisówka naprawdę istnieje, czy też jest wytworem imaginacji.
Na złość wrogom, nie był to wytwór wyobraźni. Cała Weisówka wraz z lasem, łąkami, krowami i kurami należała teraz do Mordechaja-Mendla.
Z naszego domu nikt się na razie nie śpieszył obejrzeć majątku. Mama czuła się obrażona, gdyż Mordechaj-Mendel nie uznał za właściwe zawiadomić jej o swoim nabytku. Ojciec nadal nie chciał uwierzyć w całą tę historię. Wprawdzie składano mu gratulacje i klepano po plecach, zwracając się do niego per „szwagier dziedzica”, ale do obejrzenia majątku się nie kwapił. Bo po co? Widział w życiu niejeden majątek. Weisówkę też nieraz widział.
I tak oddalał wizytę w majątku od jednej do drugiej soboty, od jednego do drugiego poniedziałku. Do pokoju wszedł wysoki goj z batem w ręku i zapytał, czy pan kupiec jest w domu.
— O co chodzi? Do czego ci ojczulku potrzebny pan kupiec?
— Bo pan dziedzic z Weisówki zaprasza pana kupca wraz z żoną i dzieckiem do siebie do majątku.