— A więc?

— Brakuje czegoś w tym interesie.

— Czego?

— Po prostu nie podoba mi się.

Trudno, jemu może się nie podobać, ale Mordechaj-Mendel dopiął swego.

Nie trwało to długo i pewnego dnia z wilgotnych pól Weisówki wystrzelił do nieba wysoki, okrągły komin. Widoczny z dalekiego miasta.

Ludzie zadzierali głowy. Patrzyli w niebo jak astrologowie i powtarzali:

— Patrzcie tylko, ten Mordechaj-Mendel to...

Komin wyrzucał z siebie białe i czarne kłęby dymu. Gęste, tłuste jak rolki waty. Dym unosił się nad pałacem, parkiem, sadem i nad kwiatami, w których rozkochała się Rejzel.

Chłopi, którzy przybywali do miasta, opowiadali, że dym osiada na koronach topól. Bociany są w popłochu. Szukają innych miejsc na gniazda.