W sąsiedztwie pałacu Mordechaj-Mendel wzniósł czerwony brzuchaty, okrągły budynek. Z niego to wyrastał ów komin. Z niego wychodzą garnki. Tu jest właśnie ta wymarzona cegielnia.

Żwirowa, kamyczkami wysadzana droga do pałacu jest już rozjechana i rozdeptana. Garnki matowe i emaliowane z odbitym uchem i z dziurami w dnie walają się na dawnym żwirze. Na szerokich schodach, na których owej soboty stał dumny Mordechaj-Mendel, w pokojach z miękkimi fotelami, na długich białych oknach — słowem wszędzie — leżą gliniane garnki, gliniane chłopskie miski, podwójne garnki, takie w jakich chłopki noszą jedzenie dla mężów pracujących w polu.

Mordechaj-Mendel mierzy wysoko. Jeśli ma się wzbogacić, to robota musi iść pełną parą.

Siedzą goje o zoranych wiatrem twarzach z zakasanymi, żylastymi rękami i mądrymi, jasnymi oczyma. Siedzą pochyleni przy drewnianej maszynce. Szybko, bez tchu kręci się kółko. Glina, którą garncarz wrzuca na kółko, to się rozciąga, to kurczy. Po kółku biegną laleczki, ludziki. Pod palcami robotnika wyrasta żywe stworzenie. Garncarz głaszcze je, wyciera i czyści. Aż nadchodzi chwila, kiedy naczynie jest gotowe, wykończone. Garncarz odcina je wtedy od kółka cienkim sznurkiem. Tak jak odcina się dziecko od pępowiny matki.

Wydaje się, że Mordechaj-Mendel rzeczywiście bogaci się na tych garnkach. W majątku Weisówka pojawił się jeszcze jeden koń i jeszcze jeden wóz drabiniasty. Tym oto drabiniastym wozem ciotka Chana z córką Rejzel zawoziła w każdy czwartek rano do miasta garnki na sprzedaż.

Zamiaru wyeksportowania garnków poza granice miasta i kraju wujowi nie udało się zrealizować. Co prawda załadował pewnego dnia wagon z garnkami i wysłał go do Lublina, ale po drodze wszystkie uległy rozbiciu. Stanęło na tym, że towar będzie sprzedawany na miejscu, na targowisku miejskim.

Przez cały tydzień wypatrywano więc czwartku. Skoro świt, kiedy ludzie pogrążeni są jeszcze w głębokim śnie, w Weisówce ładowano już garnki na drabiniasty wóz. Do miasta wyjeżdżali bez śniadania. Na targowisku wyładowywano garnki z wozu i ustawiano je w równym szeregu. Nabywcy obmacywali każdy garnek, sprawdzając, czy czasem nie jest pęknięty. Targowali się o każdy grosz. Dziesięć razy odchodzili, zanim zdecydowali się na kupno.

Tu, na targowisku ciocia Chana nie wyglądała już na ową dziedziczkę, która podczas naszych odwiedzin w majątku wyszła nam naprzeciw, ubrana w czarną suknię ze złotą plecioną broszką na szyi. Tu przeobraziła się ponownie w starą, znaną nam ciotkę Chanę z nieodłączną chustą na głowie. Słońce prażyło twarz. Wiatr smagał policzki, tworząc na nich bruzdy. Ręce sczerniały, nos ściemniał, a czoło pokryło się zmarszczkami.

U Rejzel, która nigdy nie zapomniała zabrać ze sobą na targ ulubionych róż i tulipanów, blada twarz wystawiona na działanie słońca, opaliła się na brąz.

Z tego czwartkowego jarmarku ciotka wracała z jeszcze większą ilością garnków, aniżeli przywiozła na sprzedaż. Nie udało jej się sprzedać ani jednego garnka, zaś podczas przewożenia towaru garnki się potłukły. Z jednego robiły się dwa. Można powiedzieć, że razem z pęknięciem garnków, pękała od zmarszczek jej twarz.