Do brody Mordechaja-Mendla zaczęły wkradać się siwe pasemka. Miał już teraz czas przychodzić do nas w jasne, niebieskie poranki. Już się nie chwalił, już nie pokpiwał z Ben-Cijona — pisarza kahału. Przychodził po to, by szepnąć coś do ucha memu ojcu, nie bacząc na to, że ten akurat się modlił. Obudzona mama przykrywała się kołdrą i zaspanym głosem zapytywała:

— Co słychać Mordechaju-Mendlu?

— Chwała Bogu nieźle, ale z garnkami nie wychodzi.

— Mianowicie?

— Za dużo stłuczek. Za dużo odpadów. Potrzebna jest cegielnia. Miasto zaczyna wznosić murowane domy. Mendel Danciger buduje kamienicę. Jidl Kamaszenmacher już kupił plac. Ulica Bekermana z pustymi placami już została rozparcelowana. Ktokolwiek posiada zbędny grosz, kupuje parcelę i zaczyna budować. Cegielni zaś prawie nie ma. Cegłę trzeba wozić z daleka. Zbyt drogo kosztuje. W tej sytuacji Mordechaj-Mendel zbuduje na Weisówce cegielnię.

— Oczywiście! Oczywiście! — kiwa mama głową i dodaje — masz rację.

— Jeszcze jak mam rację! Sprawa jasna jak słońce. Brakuje mi tylko trochę pieniędzy. Przyszedłem właśnie po to, żeby mi Lejzor podżyrował. Ben-Cijon już mi podżyrował. Uczynił to bez słowa.

Ojciec cicho międlił słowa modlitwy. Spod okrywającego głowę tałesu spojrzał na Mordechaja-Mendla. Dobrze usłyszał, co ten powiedział, ale nie bardzo zrozumiał, o co mu właściwie chodzi.

Dlatego zapytał:

— Co? Jak?