— Rozumiesz — powiedział Mordechaj-Mendel, przybliżywszy głowę do tałesu ojca — nie potrzebuję dużo pieniędzy. Chodzi o małą sumkę, przysięgam.

Ale co to znaczy podżyrować? Odkąd to tato żyrował weksle? I co warte jest jego żyrowanie? Przecież nie umie pisać. Czy Mordechaj-Mendel nie wie o tym? Wie! Doskonale wie! Ale to drobnostka. Nauczę go. Frumet pokaże mu jak i co, a on, Lejzor pociągnie wedle jej wskazówek piórem.

Na ustach ojca zakwitł uśmiech. Spokojny, dobry uśmiech.

— Głupi z ciebie człowiek — powiedział ojciec. — Jaką wartość posiadać może mój podpis, skoro jestem goły jak święty turecki.

— To tym bardziej nie powinieneś się bać.

— Ale nie mam na to ochoty.

Wuj Mordechaj-Mendel po takim dictum50 wezwał do pomocy matkę.

— Frumet, ty przecież do głupich nie należysz. Wytłumacz mu więc, że nic nie ryzykuje. Mnie on uratuje, a sobie krzywdy nie wyrządzi.

Matka dała mu znak, by przestał mówić. Ona sama postara się go przekonać. Wieczorem po kolacji, kiedy ojciec siedział już na łóżku i ściągał buty, odezwała się mama:

— Wiesz co, Lejzorze?