— Gdybym ja mogła być żyrantem, ani przez chwilę nie zastanawiałabym się. Ben-Cijon przecież zaufał mu i podżyrował weksle.
— To powiedział Mordechaj-Mendel.
— On nie będzie przecież kłamał!
— Uchowaj Bóg... tylko dwa razy w roku.
Tato podniósł kołdrę, wygładził ją i obrócił się twarzą do ściany.
— Zgaś światło. Trzeba spać. Jutro się zastanowisz.
Nazajutrz przybiegła ciotka Chana. Czarna, chuda, z cienkimi, żylastymi rękami. Wpadła wraz z pianiem kogutów.
— Bracie! — zawołała. — Sam przecież widzisz, że to złoty interes. Trzeba weń włożyć jedynie kilkaset rubli. Wiesz co? Zostań wspólnikiem.
— Ale ja nie chcę być posiadaczem majątku! Nie chcę być dziedzicem.
— Ale przecież jesteś bratem. Mało głodu zakosztowały moje dzieci?