— A moje dzieci są syte?
— Ale ty, dzięki Bogu, masz parnose51.
— Moje dzieci harują u obcych. Pracują jako służące. Służącymi są moje dzieci.
— Ale czego ja od ciebie żądam? Nie żądam przecież pieniędzy!
— Przecież nie umiem pisać.
— Już ja napiszę, a ty za mną pociągniesz piórem.
— Mam czas, nie musi być zaraz.
I czas płynął. Minął tydzień. Minęły dwa tygodnie. Mordechaj-Mendel i ciotka Chana wiele razy do nas wpadali. Matka jeszcze raz wstawiła się za nimi. Pokłóciła się nawet z ojcem. Wyzwała go od chłopów. Powiedziała, że postępuje nieludzko. Nic nie pomogło. Ojciec nie chciał być żyrantem wuja.
I nastał wkrótce dzień. Szary, gruźliczo-mglisty dzień. Okiennice za szybami zrywał wiatr. Tego dnia gołębie nie grzały się na dachu i do chederu się nie szło. Tego dnia były urodziny cara.
Rano kantor odśpiewał w bóżnicy Boże, caria chrani52. Mendel, syn Ben-Cijona, w białym kołnierzyku, czarnych, na kant wyprasowanych spodniach, stał razem z kantorem na bimie i słodko wyciągał słowo chrani. Z magistratu przyszedł radca w czarnym ubraniu ze srebrnymi guzikami. On również stał na bimie razem z rabinem i kantorem. Wszyscy patrzyli na radcę, na goja w bóżnicy tak jakby był samym carem, potem na okrągłym rynku orkiestra grała rosyjską muzykę. Żydzi tego dnia mieli sklepy zamknięte. Wpadło mi wtedy do głowy, aby pójść do Weisówki.