W rowach po obu stronach szosy walały się już opadłe liście. Wiatr unosił je w górę i rozsypywał po zżętych polach, gwizdał nimi wśród ogołoconych gałęzi topól. Wtórowały mu płaczliwym echem duchy z rosyjskiego cmentarza. Pełna śmieci szosa była teraz pusta. Nie było na niej ani wozów, ani ludzi. Gdyby nie to, że dzisiaj były urodziny cara, i to, że nie wiedziałem, co ze sobą zrobić w dzień wolny od nauki w chederze, nie wpadłoby mi do głowy wybrać się do Weisówki.
W połowie drogi pożałowałem swojej decyzji i postanowiłem zawrócić, ale wtem wyłonił się zza cmentarza stary, pokręcony, dziadyga z sękatym kijem w ręku. Zatrzymał mnie i zapytał:
— Chłopcze dokąd idziesz przy takim wietrze?
— Do wuja Mordechaja-Mendla.
— A kim jest twój wuj, Mordechaj-Mendel?
— Dziedzicem — krzyknąłem, pełen dumy.
— Ach tak... — starzec obnażył swoje dwa żółte szerokie zęby — znaczy się ten żydowski dziedzic to twój wuj?
— Tak, ten żydowski dziedzic.
— Nie masz już po co tam iść, chłopcze. Nie ma już w Weisówce żydowskiego dziedzica. Ni ma!
Chłopek widocznie zwariował. Patrzy na mnie okrągłymi jak u sowy oczyma.