Zostawiam zwariowanego chłopa i idę dalej. Teraz już nie waham się. Idę do Weisówki, nie zważam na wiatr.

Wysoki komin garncarski wydaje się teraz wyższy i czerwieńszy niż przedtem. Dym z niego nie wychodzi. Chyba dlatego, że dziś jest dzień urodzin cara. Jest święto, a w święto się nie pracuje. Na wierzchołku drzewa kracze wrona. Z kupy śmieci zrywa się druga wrona, która klaszcze skrzydłami. Z rosyjskiego cmentarza nadlatuje cała czereda wron. Nad moją głową rozlega się potężne krakanie. Czereda kieruje się w stronę Weisówki. Być może ma się tam odbyć wesele.

I oto kiedy jestem już blisko celu, zauważam na prostej drodze idącego naprzeciw mnie człowieka. Za tym człowiekiem wlecze się krowa. A że nie jest dzień targowy, więc prowadzi ją pewnie do rzeźni. Dostrzegam również furmankę tego człowieka. Im bardziej się do niego zbliżam, tym bardziej rośnie w moich oczach on, jego krowa, jego furmanka, i jego koń, przysiągłbym, że krowa należy do wuja Mordechaja-Mendla. Patrzę i dostrzegam między jej oczyma znajomą łatę. Zdaje mi się, że człowiekiem prowadzącym krowę jest nie kto inny, tylko ciotka Chana. I tak rzeczywiście jest. Prowadzi ją na sznurku. Coraz wyraźniej widzę to. Furmanka okazuje się jest tym samym wozem, na którym w każdy czwartek wożono garnki na targowisko. Tym razem jednak powozi nie Mordechaj-Mendel, tylko chłop. Furmanka załadowana jest nie garnkami, tylko czerwoną pościelą. Spod tej pościeli wystają cztery nogi stołu, nie są to nogi owych czerwono-brązowych stołów, które stoją w pałacu. Te nogi należą do prostego stołu.

Między kołami wozu kołysze się kubeł. Na pościeli siedzi Rejzel. Kiwa się, jakby drzemała. Ma przy sobie kwiaty. Wóz trzeszczy.

Najstarszy syn Mordechaja-Mendla kroczy z tyłu, jakby, nie przymierzając, za pogrzebowym karawanem. Młodszy chłopak i dziewczynka siedzą na wozie z twarzą obróconą ku Weisówce. Pozostałych dzieci nie widać.

Wśród topól harcuje wiatr. Z tamtej strony pałacu wraca czereda wron. Zataczają koło nad wozem i głośno kraczą. Co to wszystko ma znaczyć? Czy wujostwo wyprowadza się z Weisówki?

Stoję na drodze, a oni mnie nie widzą. Krowa patrzy na mnie dużymi, łzawiącymi oczyma. Ciocia Chana widzi mnie i nie poznaje. Zdaje mi się, że Rejzel z kwiatami również patrzy na mnie z wysokości pościeli, na której siedzi, i nie wie, kim jestem.

— Dzień dobry ciociu! — wołam i wpadam na krowę.

Ciotka Chana budzi się jakby z letargu.

— Czy to ty, Mendel?