— Tak, to ja. Dzień dobry.
— Dobrego dnia. Dobrego roku! Dokąd idziesz na taki wiatr?
— Do Weisówki.
— Nie masz już po co tam iść.
Mówiąc to ciotka kiwa głową i zamyka powoli oczy. Z jej ciemnej twarzy bije chłód, który przenika mnie do szpiku kości. Wydaje mi się, że to nie ciotka Chana mówi, tylko krowa, kiwając swoim głupim łbem.
— Koniec! Nie ma Weisówki — dodaje ciotka Chana i pociąga krowę za sznurek. Krowa niechętnie stawia kroki. Zostawia po sobie ślady na szosie. Nagle zaczyna muczeć, obracając łeb w kierunku białego pałacu, stajni, która tam została.
Konikowi na wysokich nogach jest widać wszystko jedno. Gorliwie i chętnie ciągnie wóz do miasta. Z pewnością wydaje mu się, że to czwartek, kiedy wozi garnki na targ. Czereda wron nie chce jednak ustąpić i w pustej przestrzeni pól rozlega się ich krakanie, wyrażające to samo, co powiedział chłop:
— Nie ma więcej żydowskiego dziedzica na Weisówce. Nie ma!
Rozdział XIV
Oto jak rozwiał się sen o białym pałacu, pięknych kwiatach i złotych skarbach. Tak jak nie wiedziano, w jaki sposób Mordechaj-Mendel doszedł do majątku, tak i nie dowiedziano się, jak go stracił.