Mówiono w mieście, że Weisówka właściwie nigdy nie należała do Mordechaja-Mendla. Najmniejszy nawet kawałek gliny nie stanowił jego własności. Dodawano, że do majątku doszedł drogą oszustwa, wycyganił od Fleischera, który się nie spostrzegł, co jest grane, weksle. Dopiero, gdy Mordechaj-Mendel mocno już siedział w siodle Weisówki i zdążył już wybudować komin i wozić garnki do miasta, Niemiec poszedł po rozum do głowy. I zaczęła się cała seria procesów sądowych. Pojawili się adwokaci. Fleischer nie żałował pieniędzy, poruszył niebo i ziemię, aż zdobył dokument nakazujący Mordechajowi-Mendlowi opuszczenie Weisówki, zanim zapadnie ostateczny wyrok.
Przeprowadziła się więc ciotka Chana z dziećmi i jedną krówką znowu do swego drewnianego, pochylonego domu, z glinianą podłogą. Na ścianach zamiast kilimów były niebieskie pasma wapna. Zamiast długich białych okien tylko cztery zakurzone szybki. Na miejscu szerokich, nisko osadzonych łóżek ze złotymi ozdobami były tylko proste chłopskie łóżka szybko zakupione na jarmarku w Skaryszewie.
Samego Mordechaj-Mendla w mieście więcej nie widziano. Nastały Straszne Dni. Dni pokuty i medytacji. W mieszkaniach Żydów zapanowała troska. Ludzie robili rachunek sumienia. Mordechaj-Mendel nie przyszedł na modlitwę do bóżnicy. W dzień i w nocy stał przy zakurzonym okienku w drewnianym swoim domku i patrzył na drogę prowadzącą do Weisówki. Broda mu się zrobiła brudnobiała, a oczy zaszły przepaloną czerwienią. Białe, zdrowe zęby nagle pożółkły. Zaczęły się kruszyć.
W bóżnicy zadęto już w róg. Żydzi nacieszyli się Torą, a Mordechaj-Mendel nadal stał przy oknie i oglądał jeżdżące od i do Weisówki wozy. Od niej wożono garnki i cegły, a do niej drewno na budowę. Mają widać zamiar coś tam postawić. Coś tam zrobić, ale bez Mordechaja-Mendla.
I oto któregoś dnia widzimy go, jak stoi przy oknie. Syn Boruch wyszedł już na miasto, żeby rozejrzeć się za jakimś zarobkiem. Młodsze dzieci jeszcze spały, a ciotka Chana poszła wydoić krowę. I oto ni z tego, ni z owego, Mordechaj-Mendel uderzył ręką w szybę. Szkło rozbiło się na drobne kawałki, a rękę oblała krew. Rejzel w tym czasie obierała kartofle nad miską. Usłyszawszy trzask pękającego szkła, wypuściła z rąk nóż i jednym susem znalazła się przy ojcu.
— Ojcze, co robisz?
Ojciec odrzucił głowę tak, jakby został zarżnięty. Zakrwawioną ręką pomachał w powietrzu, zgiął się i pochylił jak drzewo, które zostało przepiłowane i w jednej chwili jak długi runął na podłogę. Padając uderzył głową o kant stołu. Z nosa wytrysnął mu strumień czarnej krwi.
W tym czasie ciotka Chana zajęta była dojeniem swojej chudej krowiny. Nie była pewna, czy krowina przestraszyła się krzyku Rejzel: „mamo”, czy wyczuła zwierzęcym instynktem, że stało się coś niedobrego. Fakt, że w tej samej chwili, kiedy Mordechaj-Mendel uderzył głową o kant stołu, krowa ogonem uderzyła ciotkę Chanę w twarz.
— Nic innego — powiedziała potem ciocia Chana — tylko to, że krowa uderzyła ją za to, że zostawiła męża bez opieki.
Od uderzenia ogonem oko cioci zaszło krwią, a twarz oblepiona została błotem. Skopek przewrócił się, a mleko wylało, wtedy ciocia zerwała się z ławeczki i w te pędy pobiegła do domu. Nie wiedziała, dlaczego pędzi. Poczuła ucisk w sercu. Ktoś potrzebował jej pomocy.