Na progu zetknęła się z Rejzel. Krzyk córki „mamo” zdał się nadal tkwić w jej uszach. Rejzel bowiem stała skamieniała. Czyżby nagle córka uległa paraliżowi?
— Rejzel! Biada mi! Co tobie?
Rejzel nie mogła wydobyć z siebie słowa. Ręką pokazała na wnętrze mieszkania.
Chana wbiegła więc do środka. W pokoju panuje ciemność. Czyżby słońce zaszło? Co tu się dzieje? Dlaczego dzieci płaczą? Rozejrzawszy się, spostrzegła, że jej mąż leży dziwnie oparty głową o kant stołu. Zaczęła go trząść.
— Mordechaju-Mendlu! Mężu mój! Co ci jest?
Po pierwszym potrząśnięciu głowa Mordechaja-Mendla przechyliła się i opadła na glinianą podłogę. Nie wydał przy tym nawet jęku. Dopiero teraz zauważyła krew. Na twarzy, na ręku, na brodzie. Zaczęła machać rękami. Chciała widocznie zaczerpnąć powietrza, ale wtedy nogi się pod nią załamały. Z twarzą oblepioną błotem, z okiem zaszłym krwią upadła na ciało męża z płaczem i lamentem.
Mordechaj-Mendel nie reagował, jakby sam był kawałkiem gliny. Jakby sam był jednym ze swoich potłuczonych garnków. W mieście mówiono, że dostał wylewu krwi do mózgu, że pękła mu żyła w głowie. Miano mu za złe, że będąc biednym Żydem zapragnął być posiadaczem majątku ziemskiego. Ot, zwyczajne głupie gadanie zazdrośników i wrogów. Ale od takiego gadania twarz mojego ojca czerwieniała i zapadała się, po bolesnej śmierci szwagra głowa mego ojca opadła w dół. Mama bez przerwy niemal przykładała do głowy kompres z chrzanem. Atmosfera w domu stała się nie do zniesienia. Gnało z niego. Ita była już w Warszawie.
Ciocia Chana przestała nas odwiedzać. Ani ona, ani jej dzieci nie pokazywały się już w naszym domu. Ojciec potrafił tygodniami się nie odzywać. Zdaje się, że jego drzemiące oczy zmętniały. Matka nie umiała ukrywać bólu.
— Taki uroczy człowiek — westchnęła któregoś dnia — taki kochany i wierny małżonek! Prosił, aby mu podżyrować weksle. Co by się stało, gdyby szwagier spełnił jego prośbę? Świat by się nie zawalił.
Tato jadł kolację. Żuł powoli, bez zadowolenia, bez smaku. Mama mówiła cicho. Jakby nad każdym słowem zastanawiała się w głębi duszy. Ale ojciec słyszał każde jej słowo. Podniósł głowę znad talerza. Na czole, między oczyma, zarysowała się głęboka, podobna do robaka, zmarszczka. Powiódł oczyma po stole. Widać, że czegoś szuka i nie może znaleźć. Łyżka wyślizgnęła mu się z ręki i ugrzęzła w talerzu.