— Lejzorze — zrywa się nagle mama — dlaczego nie jesz? Czy powiedziałam coś złego?
Ojciec już tej kolacji nie zjadł. Talerz grochu z kluskami pokrył się zimnymi gęstym pęcherzykami. Mama zaczęła płakać. Ojciec zapatrzony w ciemną szybę okna odmówił błogosławieństwo.
Więcej o Mordechaju-Mendlu nie rozmawiano. Nastąpiły żółte, gruźlicze dni. Gołębie z dachu przeciwległego domu pochowały się w gołębniku. W nocy padał deszcz. Za drzwiami kapało z rynny. Kap! Kap! Od tego nieustannego kapania pękało serce, łamało w głowie. W środku nocy wdarło się w ciemność pokoju długie, przejmujące, ostre westchnienie, brzmiące jak gwizd lokomotywy.
To mama, nie mogąc zasnąć, rozmyślała, raz po raz wzdychała. W dzień nie rozpalała w kuchni i nie ścieliła łóżek. Dla kogo zresztą miała by to robić. Ojca w domu nie było. Gdzieś tam wędrował od jednej wsi do drugiej. Dlatego też w domu było zimno. W kuchni nikt nie przebywał. Stojące tam łóżko było puste, opuszczone. Ze ścian wyzierała zielona melancholia. Zegar bił za głośno. Słońce do okna nie podchodziło. Pokłóciło się z nami na amen. Wtedy mama zaczęła się skarżyć:
— Co to za mieszkanie? Przecież gorsze jest od piwnicy. — Gdyby przedtem wiedziała, że takie będzie, noga jej by tu nie stanęła. W nocy nie śpi. Ciągle jej się zdaje, że oto otwierają się drzwi i zjawia się Mordechaj-Mendel. Widzi jego czarną brodę. Widzi jego białe zęby. Taki zdolny, sprawny człowiek. Taka malownicza postać.
Mama mówi do siebie. Ojca nie ma w domu. W jego obecności tak nie mówi. Mówi do mnie. Przede mną otwiera zbolałe serce. Wyczuwam, że życie stało się dla niej nieznośne. Nie otrzymuje listów od dzieci. Nie wie, czy wesele Cypełe doszło do skutku. Do Warszawy nie może pojechać. Nie może się stąd wyrwać. A Mordechaj-Mendel tak nieoczekiwanie zszedł z tego świata. Z mieszkania coś ją gna. Wokoło czuć smród świń, jest prawdą, że całe podwórze, wszystkie ściany, wszystkie drzwi wysmarowane są świńskim tłuszczem. Sikorski, właściciel domku, w którym mieszkamy do spółki z rzeźnikiem, otworzył sklep z wieprzowym mięsem. Bije z niego jakieś niedobre ciepło, które wdziera się do gardła.
Boję się białych, zimnych płatów słoniny, które wiszą w oknie sklepu. Przerażają mnie długie, wyschnięte kiszki i wisząca na szyldzie sklepu wraz z byczym łbem, siekiera. A przede wszystkim napawa mnie strachem mops, o bandyckiej mordzie. Waruje przed sklepem, obwąchuje żydowskie kapoty, szczerzy kły i pilnuje martwych świń.
Trzeba się stąd wyprowadzić. Dni spędzone w tym domu stały się bardziej szare niż na pozostałym świecie. Są nawet krótsze. Ale jak można się wyprowadzić w taką porę. Ludzie będą się na nas patrzyli jak na wariatów. Wychodzi na to, że się nie przeprowadzimy. Ale skoro mama nabrała wstrętu do mieszkania, przyjdzie się przeprowadzić. Na własną rękę wszczęła już poszukiwania nowego mieszkania. W domu nikt o tym nie wie. Ja także nie mam pewności. Snuję tylko przypuszczenia. Wnioskuję to z tego, że mama sznurkiem zaczyna mierzyć długość ścian i łóżek. To wszystko przemawia za tym, że dziś-jutro zajedzie przed nasz dom woźnica z wozem i zaczniemy ładować rzeczy.
I tak też się stało. W szary zadymiony dzień, zaraz po wyjściu ojca zajechał przed nasz dom Menasze Klaper ze swoim wozem i zaczęło się rozkładanie łóżek i szaf. Menasze Klaper miał młodego pomocnika. Był to facet krzykliwy, ubrany niedbale, z daszkiem zsuniętym na bok. Mnie mama kazała zostać w domu. Sama zaś pomagała wynosić rzeczy. Tak więc załadowano graty i wóz ruszył ulicą Spacerową, za więzienie, na miejsce, gdzie mama wynajęła mieszkanie.
Po drodze na widok naszego wozu z rzeczami Żydzi przystawali, dziwiąc się, że w taki szary, mglisty dzień zachciało się komuś urządzać przeprowadzkę. Ze sklepów wyszły kupcowe, ubrane w ciepłe, watą wyściełane kaftany i z samego progu wzruszając ramionami zaczęły się przekrzykiwać: „Czyste wariactwo! W taką pogodę!”. Wóz Menasze Klapera trzeszczał, postękiwał i przechylał się na lewo, jakby nie przystało mu w taki mglisty, ciemny dzień dźwigać na sobie takich nędznych gratów.