Szczęśliwie dotarliśmy do celu. Nie ma świń, nie ma zimnych ścian. Zniknął z czoła mamy kompres z chrzanu.

Uliczka, na którą pojechał Menasze Klaper z naszymi rzeczami jest wąska i cicha. Jest właściwie ślepym zaułkiem, od którego nie ma dojścia do innej ulicy. Na końcu zaułka wznosi się wysoki parkan, za którym widać wysokie lipy i kasztanowce. Innych domów na tej uliczce nie ma. Z jednej strony żółty murowany parkan więzienny, a z drugiej strony stary, zrujnowany, zębem czasu nadgryziony dworek, przytułek dla jaskółek i kotów.

Samo więzienie jest wysokie, okazałe i szeroko rozbudowane. Nad gęsto rozstawionymi w równych szeregach, zakratowanymi okienkami wiszą, podobne do plecaków na grzbietach żołnierzy, blaszane daszki.

Za żółtym, długim parkanem krąży tam i z powrotem żołnierz z karabinem. Krąży jak niepokój. Nie może zrobić ani jednego kroku więcej, ani jednego kroku mniej. W pobliże tego żołnierza nie wolno podchodzić, nie wolno zatrzymywać się i nie wolno patrzeć na niego. On też nie patrzy na nikogo, jemu wolno tylko patrzeć na blaszane daszki, które wiszą nad zakratowanymi oknami więzienia i na sąsiedni domek, do którego nikt nie wchodzi i z którego nikt nie wychodzi.

Domek też jest żółty. Okna w nim są ciemne. Niemal czarne. Jeden kamienny schodek, obramowany kępkami trawy, prowadzi do obłupanych brązowych drzwi bez klamki. Czarną pajęczyną pokryta dziura świadczy o tym, że wewnątrz panuje chłód i ciemność.

Ludzie powiadają, że ongiś mieszkał tam pewien rosyjski kapitan. Miał jakoby młodą żonę o złotych włosach i czarnych oczach. Ta zakochała się w polskim hrabim i uciekła z nim. Kapitan tak się tym przejął, że z rozpaczy powiesił się. I to właśnie w tym dworku. Do dziś dnia nikt nie wie, czy go zdjęli z pętli i pogrzebali, czy pozostawili, tak jak wisiał.

Mimo to mama nie zlękła się sąsiedztwa tego dworku i wynajęła w pobliżu mieszkanie. Niska, otwarta brama, złożona ze sztachet wapnem pobielonych, prowadziła do dużego, czystego podwórza. Po jednej stronie tego podwórza wznosiła się długa budowla z dużą ilością okien. Wśród tych licznych okien znajdowało się również nasze nowe mieszkanie. Jasne, ładne mieszkanie z małą kuchnią podobną do takich, jakie już mieliśmy dotychczas. W pokoju za to można było jeździć powozem na gumowych kółkach. Wysoki, czworokątny sufit. Dwa duże okna z czystymi szybami wychodziły na sad. W moich oczach pokój przypominał swoim wyglądem owe pokoje Weisówki wuja Mordechaja-Mendla.

Wszystko tu było nowe i świeże. Podłoga również pomalowana była na czerwono. Mama powiada, że pomalowano ją specjalnie dla niej. W żadnym innym pokoju tego rozległego domu nie ma czerwonej podłogi. Szkoda tylko, że upłynął już spory kawał czasu od święta Sukkot. Drzewa za czystym oknem są już bowiem nagie, pozbawione liści. Na niektórych gałęziach pozostają jeszcze ślady wapna po wiosennych zabiegach ogrodniczych. Drzewa owocowe stoją opatulone słomą, jakby owinięte chustą.

W nocy chwytają już słabe mrozy. Z rana szyby są zamglone. Idzie ku zimie. Ale zimno nie będzie przecież trwało wiecznie. Nadejdzie lato. Wtedy otworzy się okna. Ogołocone dzisiaj z liści drzewa zakwitną. Wiem, że latem w naszym kąciku jest pięknie. Piękniej niż w całym mieście. Piękniej niż w nowym parku, do którego nie wpuszczają chłopców w długich kapotach. Z tego więc powodu uważam, że mama dobrze postąpiła, wynajmując to mieszkanie. Niemała przecież rzecz mieć takie duże podwórze. Można po nim jeździć na wozie i na koniu. Można na nim postawić jeszcze trzy kamienice i podwórze nadal będzie duże. Oprócz tego na samym jego końcu rozciąga się ogród, ogrodzony wysokimi, wąskimi sztachetami. Jest to ogród i zarazem sad. Rosną w nim kwiaty, czereśnie, porzeczki i jabłka.

Właścicielka domu — starsza, siwa Polka, która mieszka na ulicy Lubelskiej — pracuje w ogrodzie starego, przygarbionego jak krzak ogrodnika. Chodzi ten człowiek po ogrodzie z sekatorem i blaszaną konewką w rękach. Podcina i ścina, zasiewa i podkopuje. On tak samo jak ogrodnik z Weisówki uważa kwiaty za swoje wnuki. Szkoda, że nie ma tu córki Mordechaja-Mendla, Rejzel. Ona wiedziałaby, jak każdy z tych kwiatów się nazywa. Pobyt tutaj sprawiłby biedaczce ogromną radość, po tym jak została wypędzona z Weisówki. Jankiel, mój nowy kolega, który mieszka na tym samym podwórzu, powiada, że latem ludzie śpią pod gołym niebem. Przy parkanie ogrodu. Tu śpi nawet polski strażnik z żoną Rosjanką... Jego córeczka Janinka także.