Z Jankielem zaprzyjaźniłem się tego samego dnia, kiedy wprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Pomógł przy wyładowywaniu rzeczy z wozu. Przekrzykiwał się z Menasze Klaperem, tak jakby byli rówieśnikami.

Jankiel jest chłopcem w moim wieku. Niższy jeszcze ode mnie i chudszy. Całą twarz ma upstrzoną piegami. Usadowiły mu się na powiekach, pod oczami, na nosie, na uszach, nawet na wargach. Cały jest nimi obsypany niczym przypalony cebulowy placek z kminkiem.

Jankiel opowiadał mi, że kiedyś już był w Warszawie, tam odbył rejs na statku. Płynie się — powiada — po rzece, aż dopłynie do mostu. I nie jest to żaden drewniany mostek, tylko żelazny solidny most z dachem, ze sztabami żelaza, a sztaby są plecione jak szkocka krata.

— W Warszawie — mówi Jankiel — znam pewnego faceta, który posiada własną karuzelę ze stoma być może katarynkami, z niezliczonymi papugami i dwoma białymi niedźwiedziami, i takimi wielobarwnymi ptakami, jakich świat nie widział.

Ów facet — opowiada Jankiel — jest Żydem. Nosi czapkę ze skórzanym, błyszczącym daszkiem i codziennie się modli. On sam, czyli Jankiel, chciał pozostać u tego Żyda w Warszawie. Ten chciał mu dać katarynkę z dwiema papugami i białą myszkę, żeby chodził po podwórkach i pokazywał sztuczki. Ale jego ojciec, bałaguła53 Jarme, nie pozwolił. Zbił go skórzanym paskiem, po czym związał sznurkiem i w takim stanie przywiózł z powrotem do domu.

Po ojcu Jankiela można się tego spodziewać. Jest to człowiek silny, ma mocne bary, na których potrafi utrzymać konia z wozem. Kiedy mówi, wydaje się, że jego głos płynie nie z ust, ale z jakiegoś miecha. To właściwie nie zwykły, normalny ludzki głos, ale jakiś pomruk, który wisi na jego jasnych, dużych wąsach i kudłatej brodzie. Jedynym majątkiem ojca Jankiela są konie. Ma je od wielu lat. Są jego oczkiem w głowie. Do koni mówi tak jak do dorosłych ludzi. Drży o nie, tak jak o żonę i dzieci.

— Kasztan — powiada — dzisiaj, na psa urok, dobrze sobie podjadł.

A gdy spogląda na drugiego konia, na białą kobyłę, uśmiecha się jego ruda broda i okrągłe oczy mrugają do żony:

— Ona, żeby mi była zdrowa, potrzebuje ogiera. Jak pragnę żyć, potrzebuje.

Biała kobyła rzeczywiście jest dziwna. Nie koń, a istny niepokój. Ma długi siwy ogon, na żółto pobrudzony, na pół wyleniały, który świadczy o tym, że dziewicze lata ma już za sobą. I mimo to ma pełną wdzięku mordę i mądre, śmiejące się oczy.