Jarme z powodu tej kobyły ma mnóstwo kłopotów. Płonie w niej nieustający ogień. Nie może spokojnie ustać na miejscu. To kopnie, to roztrzaskuje podkowy, to staje na tylnych nogach i rży w środku nocy. Ze stajni rozlega się wtedy jakiś dziki śmiech, nasuwający przypuszczenia, że bydlę jakby kompletnie zwariowało.
W sąsiedztwie kobyły stoi w stajni drugi chlebodawca Jarme — Kasztan. Jest to ogier. Ma już dosyć lat i, zdaje się, dosyć klaczy. Do pracy jednak bardzo zdatny. Zdatniejszy od dwóch młodszych koni. Jest wytrzymały, dobrze znosi zarówno zimno, jak i upał. Potrafi obejść się nawet bez jedzenia, jeśli pozwoli mu się spokojnie spoglądać w dal i myśleć. Ogier — uosobienie spokoju. Nie obchodzi go zupełnie dzikie rżenie podnieconej sąsiadki. Nie reaguje, kiedy stara kobyła kładzie swoją wilgotną mordę na jego starym karku. Pieści go i głaszcze, rży mu prosto w głupio zamyślony łeb, ale on stoi nieporuszony, jakby był nietutejszy.
Bałaguła Jarme nieraz okłada Kasztana batem po nogach.
— Mężczyzno — krzyczy — czemu stoisz jak głąb. Żeby cię jasny piorun strzelił. Boże jedyny...
Ale „mężczyzna” nie reaguje na bat. On myśli o swoich sprawach. Jego serca nie wzruszą ani złość Jarme, ani tęskne rżenie kobyły. Dlatego też Jarme musi szukać pomocy u obcych. Mieszka właśnie na ulicy Mariackiej zapleśniały od starości goj. Kuleje na jedną nogę i jest ślepy na jedno oko. Posiada ten goj ogiera, który nic innego nie robi tylko żre, żłopie i parzy się z różnymi kobyłami.
Pewnego dnia powiada do mnie Jankiel, że dzisiaj właśnie ten goj przyprowadzi tu swego ogiera, żebym nie odchodził, bo będzie na co patrzeć. Była sobota, wiał silny wiatr. Matka miała pójść do ciotki Miriam, ale tak się zaczytała w jakiejś bajce, że nie mogła oderwać się od książki. Ojciec spał pod kołdrą, która zakrywała całe jego ciało. Zdążyłem już odmówić poranną modlitwę i czekałem na znak Jankiela, żeby wyjść z domu. Za oknami groźnie rozszumiały się drzewa... Łańcuszek okiennicy z zewnątrz nie przestawał brzęczeć i uderzać o ścianę. Niebo zaciągnęło się żółto-szarą barwą. Za chwilę zacznie padać śnieg.
Goj jednak nie zważał na pogodę i przyprowadził ogiera. Bałaguła Jarme zdążył już wstać i odmówić poranną modlitwę. Wyszedł na dwór odziany w burkę i poklepał ogiera po zadzie. Ten drgnął i zaczął niespokojnie przebierać nogami. Ze stajni nagle rozległo się rżenie. Ja z Jankielem schowaliśmy się w kącie. W stajni unosił się ciepły zapach końskiego łajna. Było ciemno. Przy pilnym jednak wpatrywaniu się można było wszystko widzieć.
Biała kobyła jeszcze raz zarżała. Rozejrzała się swoimi mądrymi, śmiejącymi się oczyma i na chwilę zatrzymała wzrok na nas, jakbyśmy jej byli coś winni.
Ale oto kulawy goj wprowadza do stajni swojego „kawalera”. Kobyła już nie rżała, ale się rozkrzyczała i rozsapała. Stanęła na przednich nogach i zaczęła kopać, uderzać w deskę, zrywać łańcuch, którym była przywiązana.
Czarny ogier też nie pozostał obojętny. Poderwał łeb do góry. Z chrapów buchała biała para.