Przysunąłem się bliżej do Jankiela. Bałem się, że ogier skoczy na nas i stratuje. Jankiel patrzył na ogiera jakby wywróconymi oczyma. Mnie nie dostrzegał i nie słyszał. Widziałem, że Jankiel miota się. W stajni zrobiło się gorąco. Oba konie zaczęły rżeć naraz.
Kulawy goj puścił wolno swego konia. Raptem kobyła zrobiła się niższa, bardziej przysadzista i szersza. Ogier wyciągnął się. Stał się wyższy i dłuższy. Nagle podniósł przednie nogi i wskoczył na swoją ofiarę i wgryzł się zębami w jej kark. Rozdźwięczały się łańcuchy. Rozległ się trzask pękających desek żłobu. Z sierści koni buchała para. Z trudem łapałem oddech. Ze mną chyba coś się stało. Widocznie poczułem zawroty głowy. Nie czułem bicia serca. Ręce mi zdrętwiały. Czy Jankiel wyprowadził mnie ze stajni? Przez dłuższy czas siedziałem na podwórku, na wietrze. Nie wiedziałem, co dalej działo się w stajni.
Przez kilka dni nie spotykałem się z Jankielem. Biała kobyła przestała na razie rżeć. Nie kopała, nie rozbijała podków.
Kiedy jednak po krótkim czasie zaczęła znowu wojować, kulawy goj znowu przyprowadził ogiera. Wtedy nie chciałem już wejść do stajni.
Z tą oto białą kobyłą i smutnym kasztanem, bałaguła Jarme organizuje dwie „jazdy” do Warszawy. Pośrodku podwórza stoi omnibus Jarme. Oba konie ciągną wypełniony po brzegi pasażerami omnibus do Warszawy.
Omnibus jest wysoki i długi jak jego właściciel Jarme. Dach sklecony i zszyty z kawałków blachy, opada kuliście z obu stron. Po lewej stronie wycięte są drzwiczki z okienkiem na świat. Okienko jest ciemne, zrywane przez wiatry i deszcze, zatkane szmatami i obite deseczkami.
Bałaguła Jarme powiada, że przez to okienko widzi cały świat. Widzi stogi siana i chłopskie chaty. Widzi krowy na łąkach, drewniane kładki przerzucone nad wąskimi strumyczkami. Przez nie widzi też małe miasteczka, z jeszcze mniejszymi Żydami. Pożary, wsie, krzyże kościołów, cmentarze żydowskie i nieżydowskie.
W piątek, przed zapadnięciem zmroku, zimą czy latem, Jarme wraca z Warszawy. Szary od kurzu, tak jak jego konie, wjeżdża na podwórze i zrzuca z siebie brud tygodniowej tułaczki po cudzych zajazdach i niesmak posiłków z cudzych misek. Po każdej takiej jeździe Jarme wygląda mizerniej i starzej. Oczy ma zamglone od niewyspania. Konie tracące na wadze, wystawiają na pokaz chude żebra. I mimo iż cały oblany jest potem, wbrew temu, że każda część ciała go boli, zeskakuje szybko z kozła, zrzuca ciężką, włosatą „kapotę” i zaczyna głośno wołać:
— Jankiel, gdzie jesteś? Wyprzęgaj szybko konie! Daj im wody. Nasyp obroku. Rusz się bękarcie!
Na zawołanie wychodzi z domu Jankiel i żona Jarme. Jest to kobieta lat czterdziestu, tęgawa. Na cześć soboty wykąpana, czysto ubrana. Z uśmiechem wita męża: