— Co znowu?
— Chutliwa. Daje mi w kość.
— Tak jak wszystkie samice... — powiada Golda i wybucha śmiechem.
— Ha... Ha... — wtóruje Jarme i tak jak stoi kładzie rękę na jej pełnym biuście pod bluzką — dobra z ciebie sztuka jak pragnę szczęścia.
— Przestań, wariacie! — odsuwa się na mały kroczek od męża i dodaje — Idź już się umyć!
Na podwórku zostaje Jankiel, syn Jarme z pierwszego małżeństwa. Wyprzęga konie, podaje im wodę, podrzuca trochę obroku i nie przerywając pracy, powiada do mnie, że tej nocy ojciec będzie spał z macochą w jednym łóżku. W każdą piątkową noc śpią razem.
Pomagam Jankielowi umyć omnibus. On mnie tego nauczył. Obiecał mi, że nauczy mnie także sztuki poganiania koni. Kiedy przyswoję sobie tę umiejętność — zbierzemy forsę i kupimy omnibus i konie. Sami będziemy wozić pasażerów do Warszawy. W Warszawie — powiada — pokaże mi statek, na którym jeździł po Wiśle i zapozna mnie z owym facetem, który posiada katarynki i białe niedźwiedzie.
Tymczasem wylewam jeden kubełek wody za drugim na zabłocone koła omnibusu. Jankiel wyciera wiechciem słomy szprychy kół. Włażę na górę i zaczynam czyścić blaszany dach. Czyszczę tak długo, aż zaczyna błyszczeć. Potem obaj włazimy w słomę, którą wyścielone jest wnętrze pojazdu. Słoma pachnie potem wygrzanych Żydów i gojów — pasażerów. Jankiel znowu mówi o jego macosze, która śpi z jego ojcem i o dalekiej pięknej Warszawie.
Tak się działo na nowym mieszkaniu. Prawdę mówiąc, to ojciec miał mamie za złe, nie nowe mieszkanie, ale to, że nie powiedziała o zamiarze wyprowadzenia się ze starego.
Przyszedł jak zwykle wieczorem do domu. I oto zastaje drzwi zamknięte, okna nieoświetlone. Puka: