— Menasze Klaper.

— Co? Menasze Klaper? Przecież mógł zniszczyć szafę. On się do tego nie nadaje.

— Nie zniszczył. Szafa stoi na swoim miejscu i ma się dobrze. A teraz wystarczy! Rozbierz się i umyj. Ugotowałam wątrobę.

Ojciec jednak nie spieszył się z rozbieraniem i myciem. Obejrzał dokładnie zestawione łóżka. Usiadł na ich krawędziach, po czym zaczął sprawdzać szafę i kredens. Otwierał i zamykał drzwiczki, kręcił głową i jeszcze raz otwierał drzwi od szafy i kredensu.

— Dlaczego się tak ciężko otwiera? Dlaczego tak skrzypią? U mnie szafa nigdy tak nie skrzypiała.

— Jutro, jak Bóg da, naprawisz. Teraz idź się umyć. Idź!

Na stole leżał okrągły bochenek chleba z koperkiem, posypany mąką. To chleb z piekarni Szmula-Szyi. Tu już ojciec nie mógł znaleźć wad. Powoli odkrawał małe kromki i moczył je w brązowym wątrobianym sosie. Jadł i nie przestawał patrzeć na szafę, którą jakiś tam Menasze Klaper zestawił, bez jego wiedzy i zgody.

Rozdział XV

Zdaje się, że z tego nowego mieszkania wszyscy byli zadowoleni. Ojciec, matka, a najwięcej ja. Bo gdzie i w jakim innym mieszkaniu było tak ciepło i tak sucho jak tu?

Kiedy przyjdzie lato, jak powiada Jankiel, nie będzie gdzie się podziać z powodu nadmiaru jabłek, gruszek, czereśni i porzeczek rosnących tutaj w sadzie. Poza tym właśnie mój kolega Jankiel... Kto tak jak on potrafi opowiadać takie cudowne rzeczy o Warszawie? Gdzie i kiedy miałem takiego dobrego kolegę jak Jankiel?